Znów nie wygrali na swoim stadionie, znów zawiedli kibiców

Własne boisko przestało być twierdzą Kolejorza. Czy dopinguje go 40 tysięcy, czy tak jak teraz ledwo 22 tysiące kibiców, nie potrafi tu wygrywać. Po meczu z Motorem nie wiadomo, czy bardziej się martwić kolejną stratą punktów, czy cieszyć z odrobienia dwubramkowej straty po frajersko straconych golach. Było mnóstwo okazji do zdobycia bramki zwycięskiej, jednak w źle zbudowanej drużynie występuje zbyt duża dysproporcja w umiejętnościach. Palma to chyba najlepszy piłkarz całej ligi, a Fiabema i Agnero nie potrafią więcej niż amatorzy ze Słupska.

Przez pierwsze minuty Lech miał na boisku przewagę, nie mógł jednak niczego zdziałać grając powoli, atakując bez pomysłu. Tymczasem Motorowi wystarczyło przejąć piłkę, by sprawnie, kilkoma podaniami przenosić ją przed bramkę Mrozka. Lech gościom to ułatwiał złym ustawieniem, z pustymi przestrzeniami w środku boiska. Dziury były też na prawej stronie, gdzie Pereira i Ismaheel nic drużynie nie dawali w ofensywie, a w obronie rzadko się pokazywali. Kilku niezłych szans Motor nie wykorzystał, ale i tak szybko wyszedł na prowadzenie dzięki Pereirze, który niefortunnie tak zmienił lot piłki, że Mrozek był bez szans.

Lech przystąpił do odrabiania strat. Dobrze jak zwykle operował na lewym skrzydle Palma, schodził do środka, próbował strzelać. Na drugiej stronie Ismaheel nie był równie groźny. Goście przyczaili się licząc na kontratak i udało im się umieścić piłkę w bramce, akcję tę jednak spalili. Ale już po chwili znów wyprowadzili atak stroną, na której brakowało bocznego obrońcy i skrzydłowego. Mrozek nie mógł się zdecydować, czy wybiec poza pole karne. Niestety wycofał się i to kosztowało Lecha stratę drugiej bramki. Ewidentny błąd źle ustawionej obrony i niezdecydowanego bramkarza.

Wydawało się, że Lech już do tego meczu nie wróci. Nie dość, że brakowało mu pomysłu na zdobycie gola, to jeszcze goście wciąż nękali jego obronę i mogli wynik podwyższyć. Nie wiadomo, jak by się ten mecz potoczył, gdyby Lech nie miał Palmy. Honduranin widząc, że próby rozegrania kończą się fiaskiem, zdecydował się na uderzenie z dystansu trafiając przepięknie w samo okienko. Gospodarze wciąż więc byli w grze. Wciąż nacierali próbując przy tym zapobiec kontratakom Motoru. W jego polu karnym powstawało zamieszanie. Po jednej z takich akcji do odbitej piłki dopadł Pereira i płaskim strzałem z ostrego kąta skierował ją do bramki.

Mecz zaczynał się więc od początku, ale teraz Lech miał wyraźną przewagę i inicjatywę. Motor wciąż był groźny, ale skupiał się głównie na przetrwaniu. Stosował zagrywki prowincjonalne, takie jak długotrwałe udzielanie pomocy medycznej piłkarzowi „umierającemu” tuż przy linii bocznej. Mimo przeraźliwych gwizdów na stadionie sędzia dawał się na to nabierać, choć pierwszą połowę przedłużył aż o 5 minut. I znów był to czas Lecha, który atakował, ale wciąż nieskładnie, wciąż bez pomysłu.

Trwało to i po przerwie. Przez pierwsze 10 minut piłka rzadko opuszczała pole karne Motoru, nijak jednak nie chciała przekroczyć linii bramkowej. Gracze Lecha dwoili się i troili, próbowali strzelać, dośrodkowywać, wszystko to jednak było niezborne, momentami wręcz nieudaczne. Motor próbował szczęścia zrywami, nastawiając się głównie na głęboką obronę. Kilka razy był bliski powodzenia, ale znacznie więcej okazji bramkowych miał Lech. Osiągnął ogromną przewagę w polu, prawie nie wypuszczał gości za linię środkową. Nic mu jednak nie wychodziło.

Trener Frederiksen robił zmiany, a każda z nich jeszcze bardziej dezorganizowała drużynę. Nic jej nie dawał bardzo już zmęczony Rodriguez, a jeszcze bardziej wypompowany Pereira tylko udawał, że próbuje powstrzymywać kontrataki. Po zejściu z boiska Palmy i wejściu na nie Agnero szanse na zwycięstwo gwałtownie stopniały. A od kiedy do gry wszedł Fiabema, Motor grał z przewagą zawodnika. Ataki sprawiały wrażenie coraz bardziej rozpaczliwych. Bengtsson wprowadził do drużyny chaos, bo nawet jeśli udało mu się wejść z piłką na pole karne, to zawsze potem się gubił. Tuż przed końcem niespodziewanie piłka trafiła na polu karnym do Agnero, ten jednak robił wszystko, tylko nie to, co powinien – nie oddał strzału. Na trybunach rozległ się kolejny jęk zawodu.

W czasie doliczonym Lech prawdopodobnie stracił Douglasa. Idąc samotnie boiskiem źle postawił stopę i upadł, skręcając staw skokowy. Przeciwnicy byli daleko od niego. Jak nie idzie, to nie idzie.

Znów nie wygrali na swoim stadionie, znów zawiedli kibiców

Szczególnie przykre jest to, że Lech nie potrafił we właściwy sposób uczcić setnej rocznicy urodzin Teodora Anioły. Mecz stanowił kulminację obchodów, historyczny sztandar wniosły byłe gwiazdy Kolejorza (na zdjęciu powyżej), piłkarze wystąpili w okolicznościowych złotych strojach, które szczęścia nie przyniosły. Możemy sobie tylko wyobrazić, co myślał bombardier z Dębca oglądając z góry wyczyny swoich następców.

Udostępnij:

Podobne

Przetrwał. Wrócił. Zostaje w Lechu

Fatalny, najgorszy okres w przygodzie Radosława Murawskiego z futbolem wreszcie za nim. W meczu z Legią wrócił na boisko po dokładnie 364 dniach zmagania się