Drużyna, której tak łatwo strzela się bramki, ma znikome szanse na osiągnięcie czegoś wartościowego. Defensywę Lecha łatwo pokonywali nawet amatorzy z Gibraltaru i ze Słupska, a to, co z nią przy Bułgarskiej już na początku meczu robił ligowy średniak z Lublina, woła o pomstę do nieba. Rozjeżdżał mistrza Polski jak chciał. Jeszcze kilka takich spotkań i sezon zostanie definitywne zmarnowany, podobnie jak wszystkie poprzednie mistrzowskie.
Łatwe gubienie punków na własnym stadionie Lech zawdzięcza beznadziejnej obronie. Wygrał tu w tym sezonie zaledwie dwukrotnie, ostatni raz jeszcze w sierpniu, gdy z trudem pokonał Widzew. Poza tym zremisował z Koroną, Jagiellonią, Pogonią, Motorem, przegrał z Cracovią i Zagłębiem Lublin. Jest to bilans wstydu. Takie wyniki nie przystają nawet ekipom walczącym o utrzymanie w lidze. Do tego wypada doliczyć porażkę z Legią w Superpucharze Polski. W dotychczasowych trzynastu spotkaniach ligowych Lech stracił 20 goli. Chciałoby się zapytać – co na to wytrawni skandynawscy trenerzy? Gdzie się podziały ich kompetencje?
Niezorganizowana, nieskoordynowana, ciężko wystraszona obrona, nie zawsze pewny bramkarz to jedno. Niewiele dobrego można też powiedzieć o pozostałych formacjach, ale tu już winę ponosi nie tylko sztab szkoleniowy, lecz ktoś, kto budował drużynę tak bardzo zróżnicowaną jakościowo. Gdyby nie miała Luisa Palmy, wywalczonych punktów byłoby jeszcze mniej. Gra ofensywna wisi głównie na nim. Czasami udanie wspomaga go Ismaheel, swoje robi Ishak. Bengtsson tylko co kilka spotkań ujawnia swe możliwości, dość równo gra Jagiełło, środek boiska w ryzach trzyma Ouma. Na przeciwnym biegunie znajdują się piłkarze, którzy nie wiadomo co robią w zespole o wysokich aspiracjach. Nie wszyscy, jak Fiabema, kosztowali Lecha pieniądze symboliczne. Za Rodrigueza i Agnero trzeba było (a raczej będzie) zapłacić grube miliony. Obserwując ich występy (a pokazują się na boisku sporadycznie, co jest zrozumiałe) trudno wierzyć, by się kiedykolwiek spłacili.
Jeżeli cokolwiek napawa optymizmem, to perspektywa powrotu zawodników, bez których nie byłoby mistrzostwa Polski. Podobno Gholizadeh szybko do siebie dochodzi po operacji, choć po tak długiej przerwie w grze nie od razu pokaże jakość. Co najmniej do przyszłego roku trzeba poczekać na Walemarka i Hakansa. Ciekawe, czy wtedy jeszcze Lech będzie grał na kilku frontach. Być może pozostanie mu liga, bo po porażce na Gibraltarze awans w Lidze Konferencji stał się mniej prawdopodobny, a w Pucharze Polski rozprawić się z nim może każdy, kto wystarczająco solidnie się postawi. Katastrofalny mecz z Lincoln Red Imps zniechęcił trenera do szerokiego rotowania składem, a zagęszczenie meczów będzie duże. Zespół ma w składzie jednego wartościowego napastnika, trudno też wyobrazić sobie grę bez Palmy, bez Ismaheela, Jagiełły, Pereiry mimo jego wad. A trzeba pokazać się w trudnym spotkaniu pod Madrytem, by po kilku dniach próbować w Gdyni ratować sezon.




