Nastał czas wielkiej smuty. Jak to w Lechu

Co takiego jest w Lechu Poznań, że potrafi tak bardzo upokorzyć tych, którzy mu tak dobrze życzą? Którzy cieszą się z każdego sukcesu, których przejmuje duma, gdy słyszą tyle dobrych słów na jego temat. Podświadomie wyczuwali, bo przecież nie raz to przeżyli, że piękna sielanka nie może trwać w nieskończoność, że im lepiej jest teraz, tym paskudniej może być za chwilę. A jednak wierzą, stawiają na szali wszystkie uczucia, a potem skarżą się już nie na upokorzenie, na zgryzotę nie pozwalającą w nocy zasnąć. Raz i drugi można wybaczyć. Ale ciągle? Zawsze?! To jest niepojęte.

Latem wszystkie polskie media, traktujące o piłce nożnej, zachwycały się Lechem. Jedynym polskim klubem dobrze, konsekwentnie zarządzanym, budującym podstawy pod możliwości sprowadzania graczy dla innych nieosiągalnych. Wywiady właściciela klubu, w których przedstawiał swoją wizję, były komentowane, pozytywnie oceniane. Kibice słuchali, czytali, napawali się tym, widzieli szybko przeprowadzane jakościowe transfery, szerokie plany. Marzyli o trzecim mistrzostwie, także Champions League wydawała się już prawie na wyciągnięcie ręki. Nagle wszyscy zostali sprowadzeni na ziemię. Już nawet nie potraktowani mokrą szmatą, bo tak było kiedyś, teraz stało się coś o wiele gorszego.

Chyba nie było nikogo na stadionie, kto uwierzyłby w zaprzepaszczenie wysokiego zwycięstwa w Danii. Miał być spacerek, spokojnie dowiezienie awansu. Trener niby tonował optymizm twierdząc, że nie wszystko zagwarantowane, ale kto by go tam słuchał, przecież Lech nie przejdzie do historii tracąc murowaną szansę. Duże zainteresowanie budziły mecze potencjalnych rywali w dalszych etapach eliminacji Ligi Mistrzów. A w środowy wieczór wszyscy obecni na stadionie ze zgrozą zauważyli, że pozostał jeszcze do zrobienia ważny drobiazg: wykazanie się grą w piłkę. Lech tego nie robił. Był gorszy od przeciwnika w każdym aspekcie. Nie pomogło mu wypadnięcie ważnych graczy Aarhus. Ten zespół zademonstrował, że nie liczy się wartość piłkarza wyrażana w milionach euro. Liczy się drużyna. Sposób grania.

Co z tego, że w Lechu występują gwiazdy, skoro nie tworzą zespołu, w dodatku pozbawione są pewności siebie, „elektryczne” w zachowaniu, mylące się, nieskoordynowane. Trenerzy Lecha powinni pokazywać swym graczom, jak swobodnie, składnie i pewnie grał Aarhus, także z młodzieżą w składzie. W duńskiej ekipie nie było błędów, podań nie wiadomo do kogo, złych rozwiązań. Było rozgrywanie z pomysłem, od nogi do nogi lub na dobieg, gdy to potrzebne, by wykorzystać każdą możliwość zepchnięcia Lecha do defensywy. Im więcej było pomyłek Lecha, tym bardziej napędzali się Duńczycy. Rozgrywali piłkę, gdy bramkarz Lecha bezmyślnie ją wybijał. I strzelali gole, mimo iż wcale nie uderzali częściej.

Za sukcesem Aarhus stał bramkarz. Mads Hedenstad Christiansen jest 25-letnim Norwegiem, jego wartość rynkowa nie dochodzi do miliona, ale wykazał się nie lada umiejętnościami broniąc wiele groźnych strzałów zawodników Lecha, wyłapując dośrodkowania. A Mateusz Lis? Żal go oceniać. Ciśnie się porównanie do nieszczęsnego Artura Rudko. I pytanie, czy odejście Bartka Mrozka jest przesądzone. Bramkarz Lecha to żywe potwierdzenie tezy, że kasa nie gra. Nie wolno tylko jego winić za wysoką porażkę. Cały zespół zachował się jak grupa wystraszonych juniorów. Nie można jednak zapominać, że strzały Duńczyków można była – a nawet trzeba! – obronić. Bez dobrego bramkarza ważnego meczu się nie wygra. Nie wiemy, jak od kuchni wyglądało obserwowanie grającego w Turcji Lisa, nikt przecież kota w worku nie kupował. Tajemnicę słabego występu w końcu rozwiążemy. Przekonamy się, czy przydarzyła mu się wpadka, czy on po prostu taki jest.

Żal było patrzeć na trenera. Przeżył szok. To człowiek z poważnym dorobkiem w lidze polskiej i duńskiej, ale w pucharach sobie nie radzi. Prowadził Lecha w przegranych meczach domowych przeciwko Zvezdzie, Genkowi, Szachtarowi. Kolejna wysoka porażka zdarzyła się teraz. Nie ma w tym przypadku, tym bardziej, że z wszystkimi tymi zespołami Lech dużo lepiej radził sobie na wyjazdach. Trudno to zmierzyć, ocenić, wyciągnąć wnioski. Niektórzy ludzie to mają. To coś nieuchwytnego. Coś, co albo się ma, albo nie.

Wszyscy w Lechu z pewnością są zdołowani tym, czego się dopuścili, ale i są świadomi cierpień zadanych fanom. Nieprędko odzyskają oni równowagę. Wszystko runęło. Lech znów okazał się Lechem. Mało prawdopodobne, by trybuny szybko się zapełniły. I ten wstyd, gdy słucha się komentarzy ludzi wychwalających niedawno Lecha, a dziś nie szczędzących mu złośliwości. Brakuje tylko: „A nie mówiłem?”.  W Poznaniu, niedoszłej stolicy polskiego futbolu, nadszedł czas wielkiej smuty. Trzeba ją przeczekać, marzenia o zawojowaniu świata odłożyć do następnego razu.

Udostępnij:

Podobne

Odszedł Jarek Jechorek, legenda Lecha

Ten dzień zapamiętamy jako smutny moment w dziejach Lecha Poznań. Piłkarze przeszli do historii kompromitując się odpadnięciem z rywalizacji o Ligę Mistrzów. Wcześniej przyszła wiadomość

Kompromitacja wszechczasów

Warto zapamiętać datę 29 lipca 2026 roku. To jeden z najczarniejszych dni w historii polskiego futbolu, za sprawą Lecha Poznań. Zaliczył już sporo okropnych kompromitacji,

Nie dzielą skóry na niedźwiedziu

Mimo wysokiego zwycięstwa Lecha w Danii, który jest teraz niewątpliwym faworytem rywalizacji, sprawa awansu nie została rozstrzygnięta. Trener Freferiksen przekonuje swych graczy, że wszystko może