Wielu kibiców wybrało się na mecz Lecha z nadzieją świętowania setnej bramki Mikaela Ishaka. Zamiast tego byli jednak światkami innego wiekopomnego wydarzenia – pierwszej bramki zastępującego go Briana Fiabemy. 32-tysięczna publiczność nie szczędziła mu owacji, choć niektórzy pozwalali sobie na złośliwe komentarze, że każdy karabin raz w roku sam wystrzeli. Był to dla sponiewieranego kontuzjami Lecha trudny mecz z dobrym przeciwnikiem, a pokonanie go 2:1 jest w obecnej sytuacji cenniejsze niż bardziej okazałe, łatwiejsze zwycięstwa.
Kolejny raz Lech zagrał w składzie eksperymentalnym, z Mońką i Skrzypczakiem w obronie, a przede wszystkim Fiabemą w ataku. Kibice przyjęli to z rozczarowaniem, nie brakowało pełnych złości komentarzy na temat nieumiejętnego uzupełniania składu przez klub. Rzeczywiście, legendarny zmiennik Ishaka od miesięcy jedzie do Poznania i wciąż go tu nie widać. Podobno podróż zakończy już w poniedziałek, a jeśli się nie uda, to za pół roku. Już pierwsze akcje meczu pokazały, jak trudne zadanie czeka osłabionego, źle szybkościowo przygotowanego Lecha. Przez pierwsze minuty Widzew dominował, seriami wykonywał rzuty rożne. Akcje Lecha były niezborne, pozbawione tempa, dynamiki.
Okres przewagi goście zwieńczyli golem po rzucie rożnym. Źle interweniował Mrozek, Pawłowski wślizgiem wcisnął piłkę do siatki wyprzedzając Moutinho. Jak się okazało, wielka radość w obozie Widzewa była przedwczesna, VAR po długich pomiarach gola nie uznał z powodu pozycji spalonej. Mecz zrobił się od tego momentu bardziej wyrównany, bo Lech nie był już tak apatyczny, dotrzymywał kroku gościom, grał energiczniej i trochę szybciej. Jeśli zresztą chodzi o szybkość, to w tym aspekcie Widzew dominował. Skrzydłowi Baena i Fornalczyk raz po raz wyprzedzali graczy Lecha, ogrywali ich wychodząc na dobre pozycje. Gracze Kolejorza ratowali się faulami zbierając żółte kartki.
Przyszedł moment, że to Widzew został ograny, a akcje Kolejorza była piękna i wreszcie dynamiczna. Piłka trafiła na lewe skrzydło do aktywnego Palmy, ten podał krótko do Jagiełły, który wykonał przerzut do Pariery. Dośrodkowanie wprost na głowę Palmy przyniosło gola, zanim obrona gości zdążyła się obejrzeć. Mecz zrobił się interesujący, akcje toczyły się to po jednej, to po drugiej stronie boiska. Lechici wciąż jednak rozgrywali powoli, gdy Widzewiacy rozwijali ataki na pełnej szybkości. Tuż po przerwie wyrównali. Moutinho odepchnął rywala w polu karnym i sędzia słusznie podyktował rzut karny, zamieniony przez Pawłowskiego na gola. Portugalski obrońca miał wielkie szczęście – nie został ukarany drugą żółtą kartką, nie osłabił drużyny.
Goście poczuli krew i koniecznie chcieli wygrać w Poznaniu. Byli tego bliscy, jednak ostrzeliwanie bramki Mrozka nie powiodło im się, za to Kolejorz wykorzystał rzut rożny, po którym Fiabema odbitą piłkę z bliska wpakował do bramki. Wydawało się, że trzy strzelone gole to nie wszystko, na co może liczyć publiczność. Widzew nacierał, oddał wiele groźnych strzałów, a Lech miał szansę go za to ukarać. Długie podanie przejął Fiabema, szarżując na bramkę mógł wywalczyć rzut karny, jednak nie wchodził w pojedynek, lecz skierował piłkę do środka, niezbyt precyzyjnie, ale wystarczająco dobrze, by rezerwowy Lisman mógł z dobrej pozycji oddać strzał. Uderzył potężnie, ale nad bramkę, przez co do ostatniej minuty trzeba było drżeć o wynik.
Trener Lecha przeprowadził wiele zmian, w tym cztery na raz, zdejmując graczy tego dnia słabych, jak Bengtsson i Moutinho. Gra była ciekawa, szybka, ale chaotyczna. Na szczęście Lechowi udało się kontrolować przebieg wydarzeń, dowieźć cenne zwycięstwo do końca. Cieszy dobra postawa Palmy. Martwi słabiutka i niezborna gra Rodrigueza, a przede wszystkim brak wartościowych, szybkich skrzydłowych.




