Już tylko dwa kroki musi postawić Lech, by zatriumfować w lidze. Kto by się tego spodziewał, gdy trwonił punkty, dział na korzyść nie własną, ale ekipy Papuszuna. Ostatecznie to Raków, korzystający dotychczas z łaskawości Kolejorza, sam nie wytrzymał wyścigu i wszystko miało się rozstrzygnąć w Warszawie. Zwycięstwo gości pozwalało im wyprzedzić Raków. Lech zagrał słabo, nie sprawiał wrażenia bardzo zdeterminowanego, ale ma w składzie Gholizadeha. Ten swoją magiczną lewą nogą znów to zrobił, tym razem prawdopodobnie na wagę trofeum. Kolejorza stać na piękne mecze, ale głównie u siebie. Tym razem, w kluczowym momencie, ujawnił się jego pragmatyzm.
Lech miał wygrać ten mecz, a w pierwszej połowie, z wyjątkiem kilku minut bezproduktywnej przewagi, głównie się bronił. Nie potrafił skonstruować żadnej groźnej akcji. Grał w prawie tym samym składzie, co w kosmicznej grze przeciwko Puszczy. Jagiełło do Warszawy nie przyjechał. Zastąpienie go przez Hoticia było jedyną zmianą w zespole Frederiksena. Duńczyk postawił na ekipę sprawdzoną, choć prawdę mówiąc dużego wyboru nie miał. Z klasowych graczy na ławce zasiadł tylko rekonwalescent Patryk Walemark.
Pierwsze minuty upłynęły pod znakiem energicznej gry Legii, która wykorzystała błąd Lechity przed polem karnym i oddała celny strzał. Interweniował Mrozek, gospodarze mieli rzut rożny, mecz został jednak przerwany na wiele minut, by rozwiały się dymy. Od tego momentu zaznaczyła się przewaga Kolejorza. Gra toczyła się na połowie jego rywala, była jednak spokojna, nawet ślamazarna, bez przyspieszeń, więc duże posiadanie, wejścia bokami boiska Hokansa i Pereiry i wykonywanie rzutów rożnych nic nie dawało. Tyle, że piłka w tym okresie znajdowała się daleko od bramki Mrozka.
Tak się działo do następnej przerwy na oddymienie stadionu. Przydała się ona Legii, która od tego czasu miała więcej do powiedzenia i nękała Lecha atakami prowadzonymi głównie prawą stroną boiska. Najgroźniejszą akcję stworzyła krótko przed przerwą, gdy minimalnie przestrzelił będący w idealnej sytuacji Vinagre. Lech grał chaotycznie, trudno mu było konstruować akcje często pozbywał się piłki, jakby ona parzyła. Sousa raz po raz tracił piłkę w bezpośrednich pojedynkach, dając gospodarzom szanse na atakowanie.
Sędzia przedłużył pierwszą połowę aż o 11 minut. Cieszyć z tego mogła Legia, bo teraz atakowała tylko ona. Lechowi nie wychodziły wyjścia z własnej połowy, zawodziły decydujące podania, po których można byłoby rozpocząć kontrataki. Nie było w tym meczu ani jednego. Niewiele brakowało, by stracił gola. Niesamowitym wybiciem zmierzającej do bramki piki popisał się Pereira. Nie tylko Gholizadeh był bohaterem Kolejorza w tym meczu. Portugalczyk też.
Druga połowa zaczęła się od lepszej gry Lecha, który teraz już nie pozwalał się zamykać na swej połowie. Cóż jednak z tego, skoro nie wykazywał wielkiej determinacji w dążeniu do zmiany wyniku. Owszem, meldował się w dużej liczbie przed bramką Legii, ale nie było widać pomysłu. Wciąż bezużyteczny był całkowicie zneutralizowany Sousa, Gholizadeh też był zagubiony i niepewny. Poprawę przyniosła tylko zmiana Hakansa na Walemarka. Szwed od razu pokazał się w ataku i dawał do zrozumienia, że legioniści powinni na niego uważać.
Po 20 minutach uwidoczniła się przewaga Legii. A to goście mieli dążyć do zwycięstwa. Kilka razy Lech z dużym wysiłkiem wybronił się przed naporem rywala. Nie napawało to nadzieją. Można było już tylko liczyć nie na akcję zespołową, a na nagły przebłysk którejś z gwiazd Kolejorza. I taki nastąpił! Gholizadeh, mało wcześniej widoczny, otrzymał piłkę w swym ulubionym miejscu, blisko narożnika pola karnego. Szukał miejsca do oddania strzału i wreszcie znalazł. Uderzył w swoim stylu, lewą nogą i mocno podkręcona piłka wpadła do bramki tuż przy słupku. W tym momencie Lech był liderem!
Przewaga Legii narastała, a trener Lecha robił zmiany. Oprócz ledwo trzymającego się na nogach strzelca gola boisko opuścił Ishak, który pierwszy raz od sześciu meczów gola nie strzelił, był jednak bardzo pożyteczny w obronie. Lech już się tylko bronił kurczowo, zwalniał grę. Przetrwał napór miejscowych i w poznańskiej ekipie mogła zacząć się ogromna radość.
Fot. Damian Garbatowski



