W najlepszym możliwym momencie, z punktu widzenia Lecha, Raków się potknął. Gdyby nie dwa frajersko oddane punkty w Radomiu, Kolejorzowi wystarczyłoby teraz wygrać jeden mecz, drugi zremisować, by finalnie triumfować. Oczywiście jeśli główny rywal wygra w Kielcach, co wcale nie jest zagwarantowane. Korona specjalizuje się w pokonywaniu faworytów.
Niestety, coś przykrego a niespodziewanego może też spotkać Lecha. Oby nie rozpoczynał świętowania przed postawieniem dwóch ostatnich kroków. Na początku stulecia, gdy polską piłką rządziły inne prawa, wszystko byłoby już „posprzątane”. Wszyscy znaliby wyniki, wystarczyłoby dopełnić formalności. Piłkarze nie walczący o wysokie cele, po zagwarantowaniu swej drużynie bezpieczeństwa, mogli przebierać w ofertach od tych, którym jeszcze na czymś zależy. Takie zwyczaje były przyczyną słabości polskich klubów w rywalizacji z tymi, co uprawiają sport prawdziwy.
Kibice Lecha i Gieksy nie są formalnie zaprzyjaźnieni, nie czują żadnych zobowiązań. Szanują się tylko, ale nie na tyle, by miejscowi zachęcali swych zawodników do ułatwienia sprawy Lechowi. Nawet jeśli wolą, by to Lech, a nie Raków został mistrzem. Klub z Częstochowy w świecie kibiców nie jest, delikatnie mówiąc, szanowany. Kibice Rakowa zachowali się niehonorowo podczas finału Pucharu Polski, gdy zasiedli wygodnie na trybunach w czasie, gdy fani Kolejorza protestowali przeciwko organizatorom nie pozwalającym wnieść przygotowanych opraw i ostatecznie pozostali przed stadionem.
Prawdziwi kibice to ludzie solidarni, walczący o wspólne cele. Szanują się mimo wrogości. Najnowszym przykładem jest postawa fanów Legii, dzięki którym goście z Poznania mogli wejść na stadion podczas tak bardzo dla nich ważnego meczu. Nie inaczej było w 2004 roku na finale Pucharu Polski, gdy kibice Kolejorza nie tylko zagwarantowali delegacji z Warszawy wejście mimo zakazu na Bułgarską, ale i ich ugościli, pilnowali samochodów, podczas meczu nikt nikogo nie obrażał. Takie wydarzenia się pamięta. Skutkuje to rewanżem podczas wydarzeń historycznych.
Kibicowskie układy nie będą miały wpływu na mecz w Katowicach. Nikt i nic nie zwolni graczy Kolejorza z walki o zwycięstwo. Czymś strasznym byłoby zmarnować ogromną szansę nie ogrywając beniaminka. Dla piłkarzy Lecha nie ma niczego niemożliwego, ale chyba nie chcą wywołać zamieszek w Poznaniu. Zbyt wielkie jest oczekiwanie na triumf. Trzeba się zmobilizować i ostatnie mecze po prostu wygrać. Tylko tyle. W meczu z Legią nie widzieliśmy u Lecha dużej determinacji. To ona grała tak, jakby walczyła o coś cennego, mocno naciskała do ostatnich sekund. Przed długie minuty piłkarzom Lecha w głowie było tylko bronienie się, nie wykrzesali z siebie wystarczająco dużo energii, by dążyć do strzelenia gola.
Jeśli ten mecz będzie wspominany przez lata, to za sprawą dwóch zawodników. Najpierw Portugalczyk Periera w sposób ekwilibrystyczny, wykazując niebywałą koordynację i intuicję, zatrzymał piłkę zmierzającą do bramki po strzale innego Portugalczyka – Gonzçalvesa. Potem Gholizadeh oddał strzał oceniany jako magiczny, ale dla niego takim nie jest. Coś magicznego robi rzadko. Ali zdobył identyczne gole mecz po meczu, wcześniej też uderzał tak piłkę. Legioniści na pewno znali tę jego specjalność, lecz jej nie zapobiegli. Udało im się natomiast wyeliminować z meczu Souzę, na nic mu nie pozwolili. 25-latek nie jest więc graczem kompletnym. Nie poradził sobie, gdy tak dużo od niego zależało. Strzelał już Legii po dwa gole w meczu. Tym razem trafiła kosa na kamień.
W Katowicach znajdzie okazję do rewanżu. Tam nie znajdzie się pod tak sumienną opieką, łatwiej mu będzie zrobić użytek z umiejętności. Ciekawe, czy Ali nabierze trzeciego z rzędu rywala na swój firmowy strzał. Opuszczał boisko ledwo chodząc, więc kto wie, czy nie zacznie meczu na ławce, ustępując miejsca w wyjściowej jedenastce Walemarkowi. Ten też potrafi dać drużynie coś wyjątkowego. Lech gra ofensywnie, z rozmachem tylko wtedy, gdy wszystko mu się układa. W innych sytuacjach może liczyć na swe gwiazdy. I na tych, którzy wzmocnią drużynę wracając do gry, choć trzeba przyznać, że zastępcy Salamona i Murawskiego – młodziutki Mońka i Hotić – na Łazienkowskiej nie zawiedli.
Fot. Damian Garbatowski



