Walka o trofeum ujawniła, co wymaga pilnej poprawy  

Stawką meczu z Górnikiem Zabrze był Superpuchar, w dodatku dla Lecha siódmy w historii. Żaden inny polski klub tego nie osiągnął. Co prawda „talerzyk”, który podczas dekoracji wznieśli piłkarze, niewiele daje oprócz satysfakcji i miejsca w historii, ale inne kluby mogą o czymś takim tylko marzyć. Wydarzenie miało też dodatkowe znaczenie, kto wie, czy nie większe. Był to jedyny poważny test przed meczem, który może Lechowi otworzyć piękną pucharową przygodę. Na podstawie dwóch sparingów ze słabymi rywalami trudno w pełni ocenić stopień przygotowania i przydatność nowych graczy.

Kibice, a był ich mimo pełni sezonu urlopowego niemal komplet, opuszczali stadion usatysfakcjonowani zwycięstwem, możliwością obejrzenia bramek i niezłych akcji. Ale i z lekkim niepokojem, bo to jeszcze nie jest docelowa forma Kolejorza. W Danii trzeba pokazać więcej konsekwencji i odpowiedzialności. Trener zapewniał, że tym razem jego gracze nie przechodzili ciężkich treningów z narastającymi obciążeniami, bo wysoka dyspozycja i świeżość wymagana jest już u progu sezonu. Nie określimy stopnia przygotowania wytrzymałościowego. Natomiast piłkarsko nie wszystko się dobrze układało, a przede wszystkim nie udało się pozbyć koszmarów z minionego sezonu.

Rok temu Lech zaczął rozgrywki od porażek – w meczu o Superpuchar i w lidze. Przegrywał głównie przez koszmarne, niewymuszone błędy. Po roku miało się to nie powtórzyć. Spotykanie z Górnikiem Zabrze zaczął obiecująco, uzyskał przewagę, zdominował rywala, stworzył kilka dobrych okazji bramkowych. Po kwadransie nastąpiło niestety to, co dawało o sobie znać wcześniej i co kosztowało stratę wielu punktów. Rodriguez popełnił błąd, pozwolił Górnikowi zaskoczyć Lecha kontratakiem. Podobnych okazji mieli Zabrzanie w Poznaniu więcej, liczyli na zaangażowanie Pereiry w ofensywę, na straty piłki podczas ataków pozycyjnych.

Także w ofensywie nie wszystko się zazębiało, nie brakowało niedokładności, nieporozumień. Mimo tego wyższość Lecha nad ambitnym, ale dysponującym mniejszą jakością rywalem nie podlegała dyskusji. Zawdzięczał ją przede wszystkim klasie swych graczy, dokładnie tak, jak w ostatnich sezonach. Świadczą o tym akcje zakończone golami, a szczególnie ta, która pozwoliła zdobyć czwartego, nieuznanego z powodu pozycji spalonej. Wystarczyło przyspieszyć, pokazać trochę gry kombinacyjnej, uniknąć niedokładności, a gracze Górnika gubili przestrzenną orientację, wyglądali jak po zejściu z karuzeli.

Podczas obozu przygotowawczego Lech nie musiał pracować nad zgraniem drużyny. Przeprowadził transfery robiące duże wrażenie, ale nie wymienił znacznej części składu. W czwartkowym meczu kibicom zaprezentowali się tylko Mateusz Lis i Terry Yegbe, przez kilkanaście minut Sayyadmanesh. Jak wypadli? Nowy bramkarz początkowo wzbudził u kibiców niepokój, niektórzy nawet wspomnieli nieszczęsnego Artura Rudko. Już pierwsza akcja, w której Lis musiał interweniować, przyniosła stratę bramki. Nie bramkarz zawinił, ale coś takiego potrafi zdołować każdego. Być może dlatego bramkarz grał potem nerwowo, odbijał piłkę nie próbując jej łapać, w drugiej połowie nie ustrzegł się błędu. Pokazał też jednak interwencje wysokiej klasy, ma duże umiejętności, może być solidnym zawodnikiem na swojej pozycji.

Yegbe potwierdził walory, o których się mówiło. Wysoki wzrost, sprawność, szybkość to nie są jedyne jego atuty. Interweniował ze spokojem, nie panikował, potrafi grać kombinacyjnie, dobrze rozpoczynać akcje. Dopuścił się kilku strat, ale i ratował drużynę interwencjami wymagającymi umiejętności. W przyszłości da Lechowi więcej niż dawał Milić. Potwierdziło się, że nowy Irańczyk gra inaczej niż Gholizadeh. Nie miał możliwości wykazać się czymś szczególnym, nie był typowym skrzydłowym, operował w środku boiska skutecznie walcząc o piłkę, inicjując akcję, która zakończyła się po kilku podaniach wyłożeniem piłki Agnero jak na tacy.

Wspomniany Iworyjczyk, choć jak zwykle grał krótko, to może czuć się odkryciem Superpucharu. Postęp jest niewątpliwy. Grał ambitnie, ale wreszcie z piłkarską jakością, odbierał piłkę, inicjował ataki, wywalczył trzeciego gola oddając mocny strzał sprzed pola karnego. Bramkarz piłki nie utrzymał, formalności dopełnił Rodriguez. Nareszcie mamy podstawy wierzyć, że kapitan Kolejorza znalazł wartościowego zmiennika. Ważne jest to, że kadra jest szeroka. Gracze, którzy weszli na boisko w drugiej połowie, zwłaszcza Jagiełło, wnieśli do gry jeszcze więcej jakości.

Mecz o trofeum okazał się więc dobrym testem jakości. Pozwoli uzyskać coś wartościowego w Danii tylko wtedy, gdy uda się naprawić to, co szwankowało w starciu z Górnikiem, a przede wszystkim uniknąć błędów. Bez odpowiedzialności, konsekwencji w defensywie nie ma co marzyć o Lidze Mistrzów.

Udostępnij:

Podobne