W pierwszym meczu sezonu 2025/26 Lech, występując na własnym stadionie w roli faworyta, dał się ograć Cracovii 1:4. Nie musiała ona się wysilać, wystarczyło wykorzystać prezenty otrzymywane od tragicznie grającej poznańskiej obrony. W pierwszym meczu nowego roku faworyzowany Lech dał się u siebie ograć Lechii Gdańsk. Znów dała o sobie znać katastrofalna postawa defensywy, ataki gości napędzały kompromitujące błędy. W obu przypadkach bramki tracił w pierwszych minutach. Powtarzalność zadziwiająca, dla trenera wstydliwa.
Eksperci upatrywali w Lechu jednego z głównych faworytów do mistrzostwa. Gdyby się to spełniło, mielibyśmy obronę tytułu, czyli zjawisko w Poznaniu niewyobrażalne. Od nowej ery, czyli od 2006 roku, zdobył cztery mistrzostwa. W trzech pierwszych przypadkach natychmiast odpuszczał, jakby kierownictwo klubu przestraszyło się sukcesu i jego konsekwencji, nie poszło za ciosem, nie wzmacniało drużyny. To chyba nie było zamierzone, raczej mieliśmy do czynienia z ostrożnością, by nie pójść na całość, nie wydać za dużo, nie dać się uwieść. W efekcie każdy kolejny sezon był marnowany.
Teraz miało być inaczej, choć inauguracja z Cracovią tego nie zapowiedziała. Niczego dobrego nie wróżyły też kolejne fatalne mecze, własny stadion przestał być bastionem Kolejorza. Przyszły kompromitacje, takie jak klęska w Gibraltarze. Przez prawie całą jesień Lech grał bez obrony, od lat nie tracił tylu bramek. W każdym meczu powielane były błędy wynikające z niechlujstwa, braku koncentracji i odpowiedzialności. Trener nie reagował. To prawda, że liczne kontuzje osłabiły zespół, ale nie tłumaczą one błędów tych, co są zdrowi. Poza tym kontuzje te nie świadczyły o fachowym prowadzeniu zespołu.
Mimo wszystko trenerowi udało się jakoś opanować sytuację. Zadziwiająco dojrzała gra w obronie młodziutkiego Mońki, kompaktowe ustawienie tej formacji ograniczyło liczbę straconych goli. W grudniu nic nie było stracone. Można było wierzyć, że po solidnie, w świetnych warunkach przepracowanej przerwie Lech powalczy o mistrzostwo, Puchar Polski, awanse w Lidze Konferencji. I co? Już w pierwszym meczu, w mroźny wieczór, na kibiców wylał się kubeł lodowatej wody. Niby nic nowego, nie pierwszy zawód, nie pierwsze upokorzenie. Jednak dyskusje o kompetencjach Frederiksena odżyły. Nawet Zbigniew Boniek zauważył, że trener, który nie nauczył gry obronnej, to żaden trener, równie dobrze drużyna może grać bez niego.
Czy Duńczyk potrafi postawić zespół na nogi po takim laniu? Co było nie tak z przygotowaniem do rozgrywek? W mediach pojawiają się różne spekulacje. Mówi się o braku chorego asystenta trenera Sindre Tjalmalanda, mającego dobry wpływ na zespół. Zauważa się małą liczbę sparingów. Każdy piłkarz Lecha rozegrał w ramach testu tylko po półtora meczu, a tylko w jednym zespół sprawdził się w składzie galowym. Wypadł zresztą źle, co potwierdziło się w spotkaniu o stawkę. Gdyby prób było więcej, być może udałoby się coś poprawić. Być może…
Klub nie uzupełnił kadry o defensywnego pomocnika, przynajmniej na razie. Raczej nie to miało wpływ na wynik starcia z Lechią, która atakowała głównie skrzydłami, choć zastępujący „szóstkę” Kozubal i Jagiełło mieli słaby dzień. Nie asekurowali obrony w pierwszych minutach. Każdy w lidze wie, ile ofensywie Lechii daje Carlos Mena. Gurgul w pojedynkę nie potrafił go zatrzymać. Ta część boiska była odkryta, Kolumbijczyk mógł się rozpędzać, szukać kolegów, wykorzystywać niedojrzałość defensywną całej drużyny Lecha. Strata w ten sposób tylko jednej bramki to i tak mała cena za brak taktycznych kompetencji.
Trener Lechii był po tym meczu dumny z postawy swej obrony. Na nic nie pozwalała Lechowi, wybroniła wiele trudnych sytuacji. A obrona Lecha? Wstyd o niej mówić. Jak ocenić Skrzypczaka, który wyprowadzając piłkę z obrony podaje wprost do przeciwnika, a potem nie naprawia błędu, nie wykazuje determinacji w zatrzymaniu ataku. Każdy trener zareagowałby na coś takiego. Co zrobi Frederiksen? Prawdopodobnie nic.
Obrona to jedno, ale gra Lecha w ofensywie też była chaotyczna, napędzał się tylko indywidualnymi akcjami. Umiejętności Gholizadeha są dobrze znane. Bramka dla Lecha to efekt jego umiejętności, często demonstrował swą klasę, ale zespołowych akcji brakowało. Walemark wszedł na boisko z postanowieniem ratowania sytuacji. Brał grę na siebie, dwoił się i troił, lecz i on był sam wobec dobrze zorganizowanych obrońców i niczego nie mógł przez niecałe pół godziny zdziałać. Na boisku widzieliśmy jedną drużynę, mającą przeciwko sobie jedenastu piłkarzy o wysokich umiejętnościach, ale słabo ze sobą współpracych. Kiedyś Lech miał styl, wyróżniał się w lidze. Teraz charakteryzują go błędy napędzające przeciwników.



