Kompromitująca postawa i porażka Lecha. Rozdawał rywalom prezenty, zawiódł najwytrwalszych kibiców

Kto liczył, że Kolejorz w przerwie zimowej wyeliminuje błędy, szczególnie te w obronie i zacznie grać jak przystało na mistrza Polski, przeżył rozczarowanie. Nie było przypadku w słabej postawie w ostatnim sparingu przeciwko przeciętnej drużynie z Armenii. Na inaugurację rozgrywek ligowych zagrał jeszcze gorzej. Walcząca o utrzymanie w lidze Lechia Gdańsk nie mogła w Poznaniu nie wygrać otrzymując tyle prezentów od przeciwnika. Postawa defensorów Lecha, podających wprost do przeciwników, nosiła znamiona sabotażu. Tak słabo przygotowany Lech nie ma szans na obronę tytułu. Na nic się zdają wysokie umiejętności graczy, gdy nie stanowią drużyny.

Już pierwsze minuty pokazały, że Lech będzie miał w tym meczu problemy. Nie czuł się pewnie na podgrzewanym, ale śliskim boisku, a błędy popełniał od pierwszej do ostatniej minuty tego spotkania. Piłkarze Lechii sprawiali wrażenie wyposażonych w lepsze obuwie, nie łapali tak często poślizgów, a do tego podawali celniej i szybciej atakowali, każdy ich przechwyt, każdy prezent od rywala zamieniał się w kontratak. Lech dał się zaskoczyć od razu. Ledwo minęły dwie minuty, a goście już prowadzili. Szybki skrzydłowy Carlos Mena, nieuchwytny dla Lechitów, wyprowadził kilka ataków, jeden z nich zakończył się sukcesem, gdy obsłużył kolegę, który celnie uderzył tuż przy słupku.

Lech próbował od razu się odgryźć, ale ujawniły się jego słabość, niepewność siebie, kłopoty z konstruowaniem ataków pozycyjnych. Gospodarze podawali sobie nieporadnie i powoli w środku boiska, często gubili piłkę, czasami kierowali ją na skrzydło do Bengtssona, który niespodziewanie zagrał od początku, mimo iż do tej pory więcej dawał drużynie jako zmiennik. Ataki Szweda dobrze się zapowiadały, ale nic z nich nie wychodziło. Niezborny, nieskoordynowany Lech przez 25 minut ani razu nie zagroził Lechii. Na szczęście ma w składzie Gholizadeha, jedynego Lechitę, którego oglądało się z przyjemnością. Otrzymał podanie od wchodzącego w pole karne za skrzydła Bengtssona i strzałem na raty pokonał bramkarza Lechii.

Wydawało się, że po tym wyrównaniu wszystko wraca do normy. Lech wreszcie się rozpędził, kilka razy zagroził gościom, którzy jednak, trzeba to przyznać, też mieli dobre okazje bramkowe, głównie za sprawą Meny. Mimo tego wtedy jeszcze można było powiedzieć, że Lech ma szanse na odniesienie zwycięstwa. Najlepszych swych graczy trener zostawił na ławce (a raczej w salce rozgrzewkowej, bo rezerwowi z powodu mrozu przebywali pod dachem). Do przerwy nic się nie zmieniło, a potem było jeszcze gorzej. Nie Kolejorz, a stosująca aktywny pressing, zaskakująca tym rywala Lechia zabrała się do roboty i raz po raz dochodziła do dobrych sytuacji. Sama z siebie niczego by nie zdziałała, ale napędzała ją nieporadność obrońców, żałosne kłopoty z wybiciem piłki z pola karnego. Mrozek ratował kolegów, nic jednak nie mógł zrobić przy samobóju Milicia, jednego z najsłabszych zawodników na boisku. Gdzie jest Mońka? – pytali kibice widząc słabiutką grę obrońców. Młody defensor, mimo udanej jesieni, nie znalazł uznania u trenera.

Lech przystąpił do odrabiania strat, kilka razy zagroził bramkarzowi Lechii, nie grał jednak zespołowo, nie miał pomysłu, brakowało schematów rozwiązywania akcji ofensywnych, szybkości w rozgrywaniu i podejmowaniu decyzji. Nie było już wątpliwości – Lech jest po prostu słaby. Kibice liczyli, że w przerwie zimowej wyeliminuje błędy, które go pogrążały jesienią, odebrały mnóstwo punktów, zwłaszcza w meczach domowych. Tych pomyłek było niestety jeszcze więcej, w dodatku były kosztowne. Takie, jak podanie Skrzypczaka, nieudolnie wyprowadzającego piłkę z obrony, do przeciwnika. Lechia natychmiast zaatakowała i Bobcek zdobył trzeciego gola.

Dopiero wtedy trener przeprowadził zmiany, wpuścił na boisko Palmę i Walemarka, także Agnero, Moutinho i Gumnego. Honduranin jest wyraźnie bez formy, jego absencja w wyjściowym składzie nie dziwi. Natomiast Szwed raz po raz inicjował ataki, wpadał z piłką w pole karne, dośrodkowywał. Były to jednak akcje indywidualne. Podobnymi, jeszcze bardziej efektownymi, popisywał się Gholizadeh, dopóki nie zszedł z boiska utykając. Żaden z nich niczego nie zdziałał. Natomiast Lechii wystarczyło czekać na kolejne błędy Lechitów, by po przechwytach wyprowadzać groźne kolejne ataki, zmuszać Mrozka do interwencji. Była bliższa podwyższenia wyniku niż Lech zmniejszenia rozmiarów porażki. Atakował do końca, ale coraz bardziej nieudolnie, w sposób nieskoordynowany i gasł w oczach zamiast przyspieszać grę.

W ostatnich minutach bardzo już zmęczeni, ale skuteczni w defensywie gracze Lechii „umierali” na boisku, trzeba im było udzielać pomocy medycznej. Akcje Lechitów przerywali faulami. Były to zagrania prowincjonalne, ale skuteczne i wywieźli z Poznania zasłużone zwycięstwo. Mieli szczęście trafiając na tak fatalnego, popełniającego kompromitujące błędy Lecha

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny