Jak już się przełamywać na nieprzyjaznym terenie, gdzie jeszcze nie odniosło się zwycięstwa, to w tak mistrzowski sposób. Kolejorz nie dał szans Radomiakowi. Wygrał 3:1 po meczu, w którym jego wyższość nie podlegała dyskusji. Gole zdobyli Ishak, Palma i Walemark. Tytuł mistrzowski trafia w godne ręce jeszcze przed ostatnią ligową kolejką. Brawo piłkarze Lecha, brawo ich trener!
Bardzo źle zaczął ten mecz kandydat na mistrza. Nie czuł się najlepiej na radomskim boisku. Starał się atakować, ale słabo mu to wychodziło, dopuszczał się strat. Jego akcje ofensywne nie mogły się dobrze zakończyć z powodu nieprzemyślanych, niechlujnych zagrań. Starał się grać ostrożnie. Przykładem jest rzut rożny wykonany źle, piłka została wycofana do środka boiska, a stamtąd do Mrozka, który kopnął tak, że Radomiak mógł zacząć kolejny atak.
Radomiak dla odmiany czuł się pewnie, ledwo minęło 7 minut meczu, a prowadził zdobywając gola „z niczego”. Obrona nie bardzo wiedziała, co się dzieje, fatalnie interweniował Mrozek przepuszczając słaby strzał. Kubeł zimnej wody przyniósł otrzeźwienie. Lech zaatakował, początkowo chaotycznie. Bliski wyrównania był Walemark, strzelając z dystansu minimalnie niecelnie. To było piękne uderzenie, szkoda, że zabrakło centymetrów. Za to chwilę potem był już remis. Fantastycznie spod bocznej linii podał pod bramkę Palma, a Ishak wybił się w powietrze i trafił głową idealnie.
Zaczęły się minuty przewagi Lecha, który zamknął gospodarzy na ich połowie, łatwo odbierał im piłkę, stale naciskał. Akcje ofensywne nabierały jakości i jedna z nich, składna i efektowna, znów przyniosła powodzenie. Goście przeprowadzili atak zaczynający się na własnej połowie. Bengtosson uruchomił Palmę, a ten, podobnie jak tydzień wcześniej, strzałem „z czuba” pokonał bramkarza. I Kolejorz prowadził, w tym momencie wydawał się być panem sytuacji, mimo iż wciąż wiele akcji marnował po byle jakich zagraniach.
Minęło pół godziny meczu, gdy Lech się skompromitował, na szczęście bezkarnie. A dokładnie skompromitował się Skrzypczak podając mocno do Mrozka, zmuszając go do rozpaczliwej interwencji, wybicia głową na róg piłki prawie już wpadającej do bramki. Ta bezmyślność mogła być kosztowna. Radomiak wykonywał potem kilka stałych fragmentów gry. Grzesik wrzucił piłkę z autu stwarzając duże niebezpieczeństwo, Ishak był bliski „samobója”. Po chwili, po kontrataku, bardzo dobrze, przy tym ambitnie grający w środku pola Rodriguez oddał celny strzał. Radomiaka przed murowaną stratą gola uratował bramkarz.
W ostatnich minutach pierwszej połowy Radomiak doszedł do głosu, stworzył kilka okazji. Lecha świetnymi interwencjami ratował Mońka. Dzięki niemu goście do szatni schodzili prowadząc, choć nie byli pewni swego. Druga połowa jest w wykonaniu Lecha prawie zawsze słabsza, więc wszystko wciąż było możliwe, należało się spodziewać natarcia Radomiaka. I niemal natychmiast pod bramką Lecha zrobiło się groźnie. Gurgul z premedytacją wykopnął piłkę na aut w mało niebezpiecznej sytuacji stwarzając Grzesikowi szansę na wrzut, po którym zakotłowało się na przedpolu Mrozka.
Lech nie grał już tak ofensywnie, jak przed przerwą, przez pierwszy kwadrans starał się kontrolować mecz oddając piłkę gospodarzom. Ale kiedy nadarzyła się okazja, przeprowadził kolejny super atak. Mońka podał na skrzydło, nastąpiło dośrodkowanie do Ishaka, ten umiejętnie obsłużył wbiegającego prawą stroną Walemarka, a Szwed wreszcie się przełamał, kończąc atak precyzyjnym strzałem w długi róg.
Przewaga Radomiaka zaczęła się w kolejnych minutach robić duża. I nie było już nad tym kontroli Lecha, który miał spore problemy z przechwytywaniem piłki i przemieszczaniem jej na drugą część boiska. Jednak wytrzymał trudne momenty. Duży wpływ na to miał Ishak, który grał wszędzie, wspierał defensywę i linię środkową. Wyprowadził nawet kwadrans przed końcem szybki atak. Rezerwowy Jagiełło wypuścił rezerwowego Hakansa, ten biegł sam na sam z bramkarzem, trafił niestety na równie szybkiego obrońcę, który zdążył z interwencją i szansa na definitywne zamknięcie meczu przepadła.
Jednak im bliżej było końca meczu, tym większa radość panowała w sektorze gości. Ostatnie minuty to koncertowa gra na utrzymanie wyniku, całkowite przeciwieństwo tego, co w Poznaniu wyprawiała Arka. Tylko mistrzowie tak dowożą prowadzenie do ostatniej sekundy. Gospodarzom nerwy odmawiały posłuszeństwo, wdawali się w awanturę, doszło do rękoczynów, przepychanek. Końcowy gwizdek sędziego był początkiem świętowania, w Radomiu i w Poznaniu.



