Lech Poznań odbierał już w przeszłości, nie tak bardzo odległej, gratulacje za sukcesy, świetne wyniki, mistrzowskie tytuły. Nigdy jednak nie było ich tyle, co teraz. Nigdy na klub nie spłynęło tak dużo pochwał. Całkiem zasłużonych, bo dokonał tego, o czym środowisko wielkopolskie (i nie tylko) długo marzyło. Radość jest wielka. Jeśli nadzieje na zbudowanie Wielkiego Kolejorza i wypłynięcie na szerokie wody mają się ziścić, to kiedy, jeśli nie dziś?
Skoro modnym słowem staje się „przełom”, to nie można nie wspomnieć okresu sprzed przyjścia do klubu Nielsa Frederiksena. Pamiętamy, co tu zastał, jak wielkich przeobrażeń musiał dokonać, z jakiego kryzysu wydobyć powierzony mu zespół. Poprzednie miesiące były chyba najgorszymi od dwóch dekad. Cała Polska miała ubaw, gdy na ostatnim meczu kibice z Kotła wspaniale się bawili i wywiesili transparenty z „pochwałami” pod adresem ludzi obwinianych za wielką kompromitację.
Frederiksen nie miał łatwego zadania, ale wdrożone pomysły, dotyczące przede wszystkim ofensywnego i intensywnego grania szybko przyniosły skutek. Wymagało to solidnego przygotowania fizycznego, co piłkarze zaakceptowali i co przyniosło im zwycięstwa i uznanie piłkarskiej Polski. Od początku Lech uchodził za jednego z faworytów do mistrzostwa i temu wyzwaniu sprostał, w czym pomogło mu granie tylko na jednym froncie. To był przecież jeden z sezonów, wcale nie tak nielicznych, gdy klubu o takich ambicjach nie było stać na awans do rozgrywek europejskich.
Wtedy Lech spełnił oczekiwania, wygrał ligę, a co więcej, nie trzeba było na to czekać długich lat. Trenerowi pozostał rok kontraktu, nadzieje na dobry wynik w pucharach jak zwykle były duże, jak zwykle pojawiały się zapowiedzi szturmu na Ligę Mistrzów, choć trudno je było traktować poważnie. Jak wiadomo, ptaki odlatują do ciepłych krajów, trawa rośnie, rzeki płyną do morza, a Lech Poznań zawsze odpuszcza, jakby się przestraszył własnego sukcesu. Sytuacja kadrowa nie sprzyjała, trzeba było sobie radzić bez największych gwiazd, które duży wysiłek przypłaciły długo leczonymi kontuzjami.
Jesień nie zapowiadała niczego ciekawego. Marzenia o Champion League prysły natychmiast, potem o Europe League, pozostał puchar pocieszenia, czyli Liga Konferencji. Tu Lechowi szło dobrze, mimo tragicznej wpadki w Gibraltarze. Na własnym stadionie rozgrywał mecze porywające, jego gra napełniała kibicowskie serca radością. W lidze natomiast nie zachwycał. Plasował się kilka pozycji za ścisłą czołówką, a jego szczęście polegało na tym, że nie tracił dystansu. Nie było zdecydowanego lidera, niespodziewanie prym wiedli średniacy z Zabrza i Płocka.
Rok wcześniej stadion Lecha był jego twierdzą. Teraz się to zmieniło. Kibice bili rekordy frekwencji, a drużyna sromotnie przegrywała z Cracovią i Lechią, paradoksalnie więcej ligowych punktów przywoziła z wyjazdów. Nawet mistrzowski tytuł przypieczętowany został na obcym, w dodatku wrogim obiekcie, gdzie publiczność nigdy nie kryła szczerej nienawiści do Lecha.
Sezon był nie tylko paradoksalny, lecz przełomowy, i to z kilku przyczyn. Lechowi zdarzało się toczyć porywające pojedynki pucharowe, ale zawsze działo się to kosztem wyników w lidze. Pamiętamy przecież trenera Żurawia wystawiającego rezerwowy skład w Lizbonie, bo za kilka dni do Poznania miało przyjechać „potężne” Podbeskidzie. Frederiksen dokonał przemiany. Dowiódł, że możliwe jest jedno i drugie, byle drużyna była wystarczająco mocna kadrowo. Dowiódł także, że mecze rozgrywane po przerwach reprezentacyjnych nie muszą być w wykonaniu Lecha marne.
Największym jednak przełomem była obrona tytułu. Nie wiemy, czy Lech dokonałby tego, gdyby miał godnych siebie przeciwników. Kiedy wiosną, po serii zwycięstw, wyszedł na czoło tabeli, tak pozostało do końca. Szedł jak po swoje, mimo wpadek na własnym stadionie. Rozczarował liczną publiczność remisami z Motorem, GKS Katowice, Arką. To prawda, że zespół piłkarski to nie jest zaprogramowany automat, nie będzie grał wciąż na tym samym poziomie, ale wpadki były zastanawiające. Gdyby nie one, mistrzostwo przyszłoby jeszcze wcześniej.
Frederiksen miał lepszą sytuację niż poprzednicy. Równie wielu równie klasowych piłkarzy jeszcze w Lechu nie było. Trener zbudował solidną ekipę nawet bez klasycznej „szóstki”. Klub opanował sztukę pozyskiwania wartościowych graczy za wcale nie ogromne pieniądze, niekiedy wręcz bez płacenia odstępnego. Grają obok młodzieży z Lechowej akademii. Wdrożona w 2006 roku przez Jacka Rutkowskiego decyzja o szkoleniu narybku i o tworzeniu podstaw klubu zarabiającego na siebie, sprzedającego emocje, przynosi owoce.
Przez poprzednie dekady Lech był klubem opierającym działalność na wzorowo prowadzonych finansach. Część sportowa nie nadążała, meandrowała, rozwijała się sinusoidalnie. Obecny przełom, a właściwie kilka przełomów stwarzają nadzieję, że kibiców czekają dobre czasy. Były już sukcesy, były trofea, ale nigdy nie traktowali ich jako normę.



