Bez pomysłu, bez pewności siebie, bez goli

Nie tak miała wyglądać inauguracja rozgrywek ligowych przez mistrza Polski. Spłynęło na niego ostatnio mnóstwo pochwał, zaczął się jawić jako wschodząca potęga nie tylko krajowego futbolu, zdecydowany faworyt walki o tytuł. Tymczasem już w pierwszym spotkaniu mocno rozczarował, ujawnił zastanawiającą niemoc. Grał schematycznie i bez pomysłu, bez tempa, powielał to wszystko, co źle funkcjonowało w poprzednim sezonie, na przykład grę bez klasycznej „szóstki”. Trzeba jednak odnotować postęp. Rok temu pierwszy ligowy mecz przegrał u siebie z Cracovią aż 1:4. Teraz nie dał się pokonać, wzbogacił się o cały punkt.

Już pierwsze fragmenty meczu pokazały, że grającemu powoli, zanudzającego swych fanów Lechowi będzie trudno zdobyć gola. Nie wiedział, jak się do tego zabrać. Cracovia grała odważnie w ofensywie, składnie i pewnie w środku pola, miała pomysł na to spotkanie, wykorzystała najgorszą cechę gospodarzy – łatwe straty piłki. Wyprowadzała kolejne ataki, które jednak celnymi strzałami się nie kończyły. Po przejęciu piłki przez Lecha natychmiast ryglowała dostęp do własnej bramki, ustawiała trzy linie obronne. Lech nie robił wiele, by je sforsować. Pchał się środkiem boiska, nie rozciągał ataków na skrzydła, próbował prostopadłych podań, szybkich wymian podań, ale liczni we własnym polu karnym gracze „Pasów” łatwo likwidowali zagrożenie. Walemark starał się szarżować prawym skrzydłem, wdzierać się w pole karne wzdłuż końcowej linii, co też kończyło się fiaskiem.

Najczęściej jednak oglądaliśmy spokojne, nie mogące przynieść powodzenia rozgrywanie po obwodzie, stosowanie nowoczesnego stylu zwanego „ja do ciebie, ty do mnie”. Trwało to aż do zgubienia piłki i wyprowadzenia kontrataku przez Cracovię. Łatwo zdobywała teren, Lech wtedy panikował, próbował się ratować, nie myślał już o atakowaniu. Tylko raz zrobiło się groźnie pod bramką „Pasów”, gdy Rodriguez odebrał piłkę przed polem karnym, dobrze ją rozegrał podając do Bengtssona, ten mocno strzelił. Bramkarz obronił, ale był jeszcze dobijający Ishak, który zmarnował największą szansę w pierwszej połowie uderzając niecelnie.

Wiadomo było, że Lech meczu nie wygra, jeśli po przerwie nie zacznie grać szybciej, pomysłowo, energiczniej. Tymczasem niewiele brakowało, by mecz został rozstrzygnięty na jego niekorzyść krótko po przerwie. Mateusz Lis łapał piłkę na granicy pola karnego. Mistrz nietrafnych decyzji, czyli pan Sylwestrzak z Wrocławia bez wahania pokazał bramkarzowi Lecha czerwoną kartkę, podyktował też rzut wolny z szesnastu metrów. Do rozgrzewki ruszył Mateusz Pruchniewski, Mrozka bowiem na ławce nie było. Z powodów regulaminowych trener wolał umieścić na niej innych graczy, z z trzeciego bramkarza zrezygnował. Na szczęście sędzia VAR uratował głównego arbitra przed kompromitacją, nie pierwszą w jego krótkiej karierze.

Przez cały ubiegły sezon Kozubal został zmuszony do udawania defensywnego pomocnika, klub nie miał bowiem nikogo na tę pozycję. Nie był wtedy w pełni sobą, nie mógł się rozwijać, być może właśnie to powoduje, że do klub nie wpływają teraz satysfakcjonujące oferty transferowe. W meczu z Cracovią mieliśmy powtórkę z rozrywki. Druga linia funkcjonowała fatalnie. Zadziwiająco często piłkę tracił Jagiełło. Rodriguez dobre zagrania przeplatał stratami napędzającymi ataki gości. Kozubal nie przyspieszał akcji swej drużyny, podawał ostrożnie, nie zawsze też udawało mu się przerywać ataki gości. Jednak właśnie on zapobiegł niemal pewnej bramce blokując strzał gracza Cracovii. Sytuacja odmieniła się po wejściu na boisko Murawskiego. Doświadczony piłkarz grał energicznie, twardo, zatrzymywał rywali, inicjował ataki nie rozglądając się niepewnie po otoczeniu. Przyspieszył grę drużyny.

Trener zdecydował się w końcówce na grę na dwóch napastników. Ishak był już jednak zmęczony, nie udawało mu się szukanie miejsca do strzału, a Agnero był mało widoczny, piłka nie szukała go w polu karnym. Natomiast Sayyadmanesh, który pokazał się tylko w ostatnich 10 minutach, ożywił ofensywę, był aktywny i szybki. W porównaniu do nieruchawych kolegów wyglądał jak gracz z innej bajki. Szkoda, że wciąż nie jest gotowy grać dłużej. Ostatnie minuty meczu to ataki Lecha. Gdyby nie przespał większej części meczu, miałby szansę strzelić choćby jednego gola.

Udostępnij:

Podobne

Bez pomysłu, bez pewności siebie, bez goli

Nie tak miała wyglądać inauguracja rozgrywek ligowych przez mistrza Polski. Spłynęło na niego ostatnio mnóstwo pochwał, zaczął się jawić jako wschodząca potęga nie tylko krajowego

Przyjaźń? Byle nie na boisku

Na niczym Lech gorzej ostatnio nie wychodzi niż na tzw. meczach przyjaźni. W poprzednim sezonie przyszły mistrz Polski rozgrywał dwa takie dwumecze, a w każdym

Kłopot z kręgosłupem

Po wylosowaniu przez Lecha mistrza Danii wydawało się, że gorzej być nie może, że los znów okazał się okrutny. Najtrudniejszy w całej stawce przeciwnik trafił