Lechowi nie udała się rehabilitacja za kompromitację na Gibraltarze. Co prawda nie przegrał w Warszawie z Legią, ale i nie wygrał, nie wykorzystał słabości Legii, nie wykazał determinacji. Brakowało mu pomysłów na strzelenie gola, także jakości, mimo iż trener tym razem posłał na boisko teoretycznie najlepszych zawodników. Kolejorz jest przygaszony, brakuje mu entuzjazmu i woli wygrywania.
Można się było spodziewać, przynajmniej w początkowych fragmentach meczu, partii szachów, czyli gry taktycznej, wyrachowanej. Lech rzeczywiście zaczął przyczajony w defensywie, skupiając się na przerywaniu ataków Legii, która w pierwszych minutach osiągnęła wyraźną przewagę. Jedynym jej skutkiem był mocny i celny strzał Urbańskiego obroniony przez Mrozka. Potem jednak goście otrząsnęli się i przeprowadzili kilka płynnych ataków, z których też nic nie wynikło, strzałów brakowało zupełnie.
Przez pierwsze pół godziny mecz toczył się falami, to jedna, to druga drużyna utrzymywała się przy piłce. Częściej jednak w jej posiadaniu był Lech, wciąż jednak ograniczał się do wymiany podań. Brakowało tylko tego ostatniego, a tym samym strzałów. Kilkakrotnie zablokowany był próbujący dojść do dobrych pozycji Ishak. Groźnie się zrobiło po strzale Wszołka, który trafił w słupek, ale gola i tak by nie było z powodu pozycji spalonej. W odpowiedzi kontratak Lecha próbował wykończyć Ismaheel. Bramkarz Legii obronił, ale piłka trafiła do Palmy, który trafił słupek, też będąc na spalonym.
Honduranin w tym meczu nie grał pierwszych skrzypiec, nie był najbardziej aktywny w zespole Kolejorza. Także Ismaheel rzadko decydował się na rajdy, ale kiedy tylko przyspieszał, robiło się ciekawie. Szkoda, że widzieliśmy to rzadko, więc skrzydła nie były motorem napędowym Lecha. Więcej dawały prostopadłe podania i dośrodkowania pod pole karne, nie wykorzystywane jednak należycie. W pierwszej połowie mecz był jeszcze żywy, dość szybki, ze zmieniającymi się sytuacjami.
Druga przyniosła falowe ataki Lecha, niestety wciąż schematyczne, do siebie podobne, łatwe do rozszyfrowania. Zbyt często piłkę tracił Jagiełło, znajdujący się w dobrych sytuacjach, ale mający kłopot z rozegraniem, celnymi podaniami. Po kwadransie boisko opuścił mało przydatny w tym meczu, ale zawsze potrafiący zrobić użytek ze swych umiejętności Palma, zmieniony przez Bengtssona. Potem jeszcze na boisko weszli Rodriguez i Lisman i szanse Lecha na zdziałanie czegokolwiek w tym meczu zostały poważnie zredukowane.
Gdyby nie dobre interwencje Mrozka po groźnych strzałach Urbańskiego, można było ten mecz przegrać. Tym bardziej, że Lech z minuty na minutę gasł, a i Legii zaczynało brakować energii. Jedni i drudzy za specjalnie się nie wysilali, szczególnie jednak Lech przestał wykazywać determinację w atakowaniu. Owszem, od czasu do czasu miał piłkę na połowie Legii, lecz rozgrywali ją ślamazarnie i schematycznie. Brakowało i jakości, i zdecydowania. Żal było patrzeć na szamotaninę Rodrigueza, na samotne szarże Lismana na trzech rywali.
Nie były to derby Polski, bardziej odrabianie pańszczyzny. Na ostatnie kilka minut Ishaka zluzował Agnero, który grał w stylu Fiabemy. Końcowy gwizdek wszyscy zawodnicy obecni na boisku powitali z ulgą.



