Trzy zwycięskie mecze, przy stratach ponoszonych przez głównych ligowych konkurentów, wlały w kibicowskie serca nadzieję, że nie wszystko stracone, Lech wciąż jest w walce o mistrzostwo Polski. Wątpliwe, by Raków i Jagiellonia wygrały wszystkie ostatnie mecze. Prawdopodobnie i Lech się jeszcze potknie, czekają go przecież trudne mecze, choćby ten najbliższy, w Radomiu. Ważne, by piłkarze stanęli na wysokości zadania. Zwłaszcza tych kilku, od których najwięcej zależy. Pozostali muszą się wznieść na wyżyny, by za bardzo nie odstawać. Ciekawe, czy ich na to stać.
Ostatni mecz znów dowiódł, jak wiele w Lechu zależy od umiejętności piłkarzy, na jakich nie mogą sobie pozwolić inne ligowe drużyny. Tym razem Walemarkowi, który oddał kilka groźnych strzałów, szczęście nie dopisało. Gholizadeha było pełno na całym boisku, błysnął znakomitą asystą, innej pozbawił go brak ekstraklasowych umiejętności u Fiabemy. Klasą dla siebie był Ishak. Już po minucie był bliski zdobycia gola, przed przerwą mógł skompletować pierwszego w barwach Kolejorza hat tricka. Także w drugiej połowie niewiele mu brakowało do szczęścia, pokazał też klasę asystując, błyskawicznym zagraniem z pierwszej piłki, przy golu Sousy. Portugalczyk wrócił do drużyny po to, by genialnym strzałem dać jej zwycięstwo. Taki rezerwowy to więcej niż skarb.
Tyle można powiedzieć o mocnych punktach drużyny. Są niestety i słabe, które mogą ją pozbawić wielkiej szansy. Pierwszy rzut oka na skład w meczu z Cracovią wywołał niepokój. Teraz każdy mecz będzie kluczowy. Stawianie na graczy będących na dorobku i dotychczas zawodzących to chyba nie jest dobry pomysł. Nikogo nie może zdziwić, że Cracovia niemal wszystkie swe ofensywne akcje prowadziła prawą stroną boiska. Szczególnie było to widoczne w pierwszej połowie. Grający tam Gurgul i Lisman nie potrafili się przeciwstawić, ani defensywnie, ani ofensywnie. Mało prawdopodobne, by trener realizował zalecenia władz klubu liczących na wypromowanie wychowanków. Podjął ryzyko, które tym razem nieszczęścia na drużynę nie sprowadziło.
Jeszcze większym ryzykiem jest wprowadzanie na boisko w kluczowym momencie Fiabemy. Nie przekonują słowa Frederiksena o walorach tego młodego człowieka, o jego szybkości i aktywności podczas pressingu. Norweg nie spełnia podstawowego kryterium: nie potrafi grać w piłkę. W tej sytuacji pozostałe walory przestają się liczyć. Duża rozpiętość umiejętności to cecha drużyn podwórkowych. Jeśli występuje w ekipie profesjonalnej, i to walczącej o najwyższe cele, mamy prawo mówić, że sytuacja nie jest normalna. W Lechu gra kilku zawodników o jakości przewyższającej ligę. Obok nich biegają ludzie, którzy z trudem załapaliby się do zespołów z końca tabeli (choć i to jest wątpliwe).
Niezależnie od ludzkiego potencjału, w Lechu ujawniły się braki drużynowe. Sposób, w jaki Cracovia nie pozwalała mu wyjść z piłką z własnej połowy, budził niepokój. Owszem, jest to dobra, specjalizująca się w grze na wyjazdowej ekipa, ale zespół o mistrzowskich aspiracjach nie ma prawa dawać się zapędzić w kozi róg. Warto poznać statystki nieumiejętnego wyprowadzania akcji z własnej połowy, kopania na ślepo, podań wprost do przeciwnika. Nawet Gholizadehowi zdarzały się kiksy i inne wpadki, także Walemark potrafił zachować się jak nie on. Pomyłek graczy Lecha była cała masa. To nie świadczy dobrze o drużynie. Potwierdza, że jej siłą są indywidualne umiejętności. Jeśli tytułu nie będzie, to za sprawą słabej jakość zespołowej. Konkurenci nie mają aż takich gwiazd, ale swe akcje prowadzą bez porównania płynniej.
Inny mankament Lecha to brak stabilnej postawy przez cały mecz. Zdarza mu się, że gubi wątek, ni z tego ni z owego nagle przestaje grać, dopuszcza do głosu przeciwnika, ogranicza się do nieumiejętnej obrony. Przykładem może być druga połowa meczu w Lublinie. To prawda, że Motor zaczął grać ofensywniej, ale klasowy zespół nie ma prawa dać się tak zdominować. Lech musi rozegrać jeszcze trzy trudne wyjazdowe mecze z dobrymi na własnych śmieciach rywalami: Radomiakiem, Legią, GKS-em Katowice. Pierwszorzędną rolę odegra siła mentalna. W polskiej lidze, choć wyrównanej i trudnej, nie ma zespołów-monolitów. Każdy ma słabości, każdy musi zawieść. Właśnie te niedostatki rozstrzygną o mistrzostwie.



