Przyjaciół pokonali, lidera dogonili

Porażki bezpośrednich konkurentów w walce o mistrzostwo jak najgorzej wróżyły Lechowi. Dotychczas nie wykorzystywał takich szans, solidaryzował się z rywalami i przegrywał. Teraz wreszcie stanął na wysokości zadania. W meczu przyjaźni z niemałym trudem rozprawił się z groźną Cracovią. Kolejny raz zadecydowała o tym klasa pojedynczych graczy. Kolejny raz ujawniły się słabe ogniwa w nierównej jakościowo drużynie.

Skład wytypowany przez Nielsa Frederiksona zaniepokoił kibiców Kolejorza. Nie mógł grać zmagający się z dolegliwością mięśniową Hakans, wracający do zdrowia Sousa i Murawski zasiedli na ławce rezerwowych. W pierwszym składzie, na tym samym skrzydle, pojawili się młodzi Gurgul i Lisman. Można było się obawiać, czy sprostają zawodnikom „Pasów”, a zwłaszcza Kakabadze biegającemu po tej stronie boiska. Przyszłość potwierdziła te obawy, choć mecz udało się wygrać.

Zaczęło się od gestów przyjaźni, odegrania hymnu Cracovii, zgodnego dopingowania jednej i drugiej drużyny. Po pierwszym gwizdku Szymona Marciniaka rozgorzała twarda walka. Lech szybko chciał napocząć przyjaciół i już w pierwszych dwóch-trzech minutach kilka razy mocno zagroził bramce gości, Ravas bronił kolejne groźne strzały Ishaka. Potem do roboty, a właściwie do pressingu zabrała się Cracovia i przez wiele minut nie pozwalała Lechowi wyjść z jego przedpola. Każda próba skierowania piłki do strefy środkowej kończyła się jej murowaną stratą. Źle to wróżyło, nadzieją napawało tylko to, że goście w końcu się zmęczą tak aktywnym sposobem gry, nieustannym i bezkarnym szachowaniem Lecha.

Po każdej stracie piłki Cracovia wycofywała się w komplecie w okolice swego pola karnego. Lech nie rozgrywał swych akcji szybko, wprost przeciwnie, gra była ślamazarna, zwłaszcza gdy uczestniczył w niej Gurgul. Wyraźnie brakowało pomysłów na zaskoczenie zmasowanej obrony. Następowały jednak co jakiś czas przyspieszenia w postaci prostopadłych podań, wtedy sytuacja radykalnie się zmieniała, gościom było trudno nadążyć, musiał interweniować Ravas. Choć optycznie mecz był wyrównany, to dzięki tym zrywom groźniejszy był Lech. Oddawał strzały, Ishak trafił piłką w słupek, a Walemarkm przepięknym uderzeniem w poprzeczkę. Padła też bramka. Chwilę euforii przeżył młody Lisman. Nie był mocnym punktem drużyny, nie napędzał jej ataków, ale skierował piłkę z boku boiska w stronę bramki prawdopodobnie szukając któregoś z kolegów i przy niewielkiej pomocy rywala został autorem gola (choć bardziej był to samobój, piłka sama by do bramki nie wpadła). Niestety, VAR zmierzył niewielkiego spalonego.

Lech w pierwszej połowie dopiął jednak swego. Po jednym z przyspieszeń i serii szybkich podań do piłki magicznie zaadresowanej przez Gholizadeha doszedł na prawym skrzydle niezawodny Ishak i celnie uderzył w tzw. długi róg. W drugiej połowie, chcąc zdobyć trzy punkty, Lech musiał jak najszybciej podwyższyć wynik. Cracovia znana jest z rozstrzygania wyników meczów w końcówkach, słynie z ambitnych i skutecznych pościgów. Przetrwała minuty ataku Lecha i coraz częściej dochodziła do głosu grając szybko i ambitnie. Zadziwiająco łatwo wyrównała, strzelając gola po akcji prawą stroną boiska. Lismana już na nim nie było, ale zmienił go Fiabema, który nie zaatakował Kakabadze, ułatwił mu dojście do strzału i celne uderzenie.

Chcąc dogonić liderujący Raków, trzeba było zaczynać mecz od początku. Jak na złość Lech nie mógł już korzystać z Walemarka, który miał problemy z poruszaniem się po boisku. Szwedowi brakowało w tym spotkaniu szczęścia do strzałów. Oddał ich kilka, były groźne, ale piłka nie docierała do celu. Na szczęście Lech miał mnóstwo jakości na ławce. Afonso Sousa mógł zdobyć gola już sekundy po wejściu na boisko, jego strzał po indywidualnej akcji zablokował obrońca. Potem już Portugalczyk się nie pomylił. Otrzymał piłkę przed polem karnym i oddał kapitalny strzał trafiając do siatki poza zasięgiem bramkarza. To był jeszcze jeden cudowny gol zawodnika, którym kibice Lecha cieszyć się będą tylko do lata. Bramka była nie tylko piękna, ale zwycięska, kto wie, czy nie na wagę trofeum.

Cracovia nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała jeszcze raz dogonić Lecha. Sprawnie i szybko operowała piłką, trzeba było drżeć o wynik do ostatnich sekund. Były też okazje do postawienia przez Lecha kropki nad „i”. O niepowodzeniu decydował brak jakości. Owszem, Gholizadeh mistrzowsko wprowadził piłkę w pole karne, ale podał do Fiabemy, który miał idealną sytuację, był kilka metrów od bramki. Najpierw jednak musiał piłkę opanować, a do tego trzecioligowe umiejętności nie wystarczyły. Bramkarz gości musiał się wykazać w kilku jeszcze sytuacjach, Sousa był bliski dubletu. Ostatnie minuty meczu toczyły się przy wspaniałym dopingu, były emocjonujące, bo oba zespoły grały szybko i ambitnie, przy tym zawzięcie, Marciniak musiał rozdawać żółte kartki. Jeszcze w ostatnich sekundach Ravas kapitalnie obronił rzut wolny Hoticia i ostatni gwizdek wprowadził stadion w stan euforii.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny