To miał być wyrównany mecz drużyn walczących w tym sezonie o zupełnie inne cele, ale punktujących ostatnio najlepiej w lidze. Tymczasem od samego początku Lech chwycił Legię za gardło, na nic jej nie pozwalał, już w pierwszej połowie zdobył cztery gole, przerwał jej długą serię meczów bez porażki. Czerwona kartka pokazana Augustyniakowi za brutalny faul na Bengtssonie ułatwiła zadanie liderowi tabeli, ale na wynik nie wpłynęła, bo zagrał koncertowo, momentami fantastycznie i strzeliłby kilka goli bezradnej Legii także gdyby siły były wyrównane.
Nie mieli radosnych min poznańscy kibice dowiadując się, w jakim składzie wystąpi Kolejorz. W drużynie zabrakło świetnego w Szczecinie Palmy, awaryjnie występujący na pozycji środkowego obrońcy Gumny znów zagrał w tej samej roli, zdrowy już Milić mecz przesiedział na ławce. Miejsce Rodrigueza zajął Oujma, co wydawało się decyzją wielce ryzykowną, tymczasem Kenijczyk rozegrał kapitalny mecz, na nic nie pozwalał Legii na środku boiska, był główną postacią w drużynie.
Już pierwsze akcje ujawniły szybkość, polot, determinację Lecha, który szybko zdominował Legię i już po dwóch minutach podkreślił to golem. Akcja była fantastyczna, Pereira po wymianie podań z Gholizadehem zagrał do Walemarka, ten piętą mistrzowsko uruchomił Irańczyka, a Ali, specjalizujący się w strzelaniu goli Legii, mając piłkę na lewej nodze, kapitalnie uderzył z linii pola karnego. Rozegrane to zostało na takiej szybkości, że Legioniści nawet nie spostrzegli, kiedy już przegrywali.
Przewaga Kolejorza nie malała. Miał kolejną super okazję, gdy Ishak, otrzymując piłkę blisko bramkarza, nie przerzucił jej nad nim, lecz strzelał. Potem Legia musiała grać w dziesiątkę. Augustyniak zaatakował od tyłu Bengtssona, było to przypadkowe, lecz niebezpieczne i sędzia, przywołany przed monitor, zmienił decyzję – żółtą kartkę, pokazaną pierwotnie, zastąpił czerwoną. Gości nie istnieli na boisku do tego momentu, potem Lechowi było jeszcze łatwiej. Zdobył drugiego gola, gdy po prostopadłej wrzutce Ghlizadeha piłka odbiła się od barku Gurgula, dopadł do niej Ishak i wcisnął do bramki.
To nie był koniec Lechowej kanonady. Fantastycznym prostopadłym podaniem do Walemarka błysnął Ouma. Szwed strzelił, bramkarz odbił, na posterunku był Gurgul dobijając z ostrego kąta do pustej bramki. Legioniści znów nie wiedzieli, jak to się stało. Próbowali się ratować, byli jednak zupełnie bezradni, Lech ich dosłownie miażdżył, na nic nie pozwalał i nękał prostopadłymi podaniami. W ten właśnie sposób Periera wyprowadził na dobrą pozycję Ishaka, a kapitan Kolejorza strzelił nie do obrony.
Można się było spodziewać, że w drugiej połowie Lech zdobędzie kolejne gole, doprowadzi do historycznego pogromu. Jednak ten zespół prawie nigdy nie rozgrywa dwóch połów na podobnym poziomie. W drugiej zwolnił, nie był już tak zdeterminowany w dążeniu do kolejnych bramek, a Legia, widząc, co się święci, zaryglowała dostęp do swojej bramki i tylko sporadycznie próbowała uruchamiać szybkie ataki. Gra non stop toczyła się blisko warszawskiej bramki, nie brakowało kolejnych okazji, rezerwowy Jagiełło trafił piłką w słupek. Wynik już się nie zmienił, natomiast nastąpiły dwa bardzo ważne wydarzenia. Pierwszy raz po rocznej przerwie, spowodowanej leczeniem ciężkiej kontuzji, na boisko wszedł Radosław Murawski. Trenerowi została jeszcze jedna zmiana. Wykorzystał ją na debiut 17-letniego obrońcy Roberta Janyszki.


