Europejska lekcja futbolu

Jeśli piłkarze Lecha nie wiedzieli, na jakim poziomie gra się w krajach piłkarsko rozwiniętych, to właśnie się boleśnie przekonali. KRC Genk nie jest europejską potęgą, nie złapał u progu sezonu wysokiej formy, a jednak, nie wkładając w to wielkiego wysiłku, rozniósł Lecha na jego stadionie. Wynik mógł być znacznie wyższy niż 5:1, bo każde łatwe wejście graczy belgijskiej drużyny w pole karne, każde podanie pod bramkę, przy ogromnej różnicy w umiejętnościach operowania piłką, groziło golem. Nieskoordynowana, pozbawiona szybkości i doświadczenia poznańska defensywa była bezradna. Gubiła się, sama sobie strzeliła bramkę, straciła najlepszego zawodnika. Bartosz Salamon przesiedział mecz na ławce, gdy trener ogrywał młodzież.

Tylko w pierwszych minutach wydawało się, że mecz może być w miarę wyrównany. Piłkarze z Genku nie wysilali się, grali na luzie, z duża pewnością siebie. Szybko zauważyli różnicę w umiejętnościach. Kiedy przyspieszyli i wymienili kilka podań, Kolejorz był w opałach, gra była dla niego zbyt szybka i zbyt dokładna. Wynik zmienił się już po 9 minutach, po prostym, ale przeprowadzonym w dużym tempie ataku. Obrońcy Lecha byli zagubieni jak dzieci we mgle, nie potrafili wybić piłki. Już wtedy było widać porażającą różnicę w jakości gry jednych i drugich.

Goście zrozumieli, że nie muszą wkładać w ten mecz wielkiego wysiłku. Atakowali dużą liczbą zawodników, swobodnie, natomiast Lecha rzadko posyłał do przodu większą liczbę piłkarzy niż dwóch, Ishaka i Palmę. A jednak udało się przechwycić piłkę w środku pola i Ishak wyprowadził kontratak. Obsłużył Jagiełłę, a ten płaskim strzałem wyrównał. Kto się łudził, że mecz zaczyna się od początku, był w błędzie. Genk dopiero się rozpędzał, a piłkarze i sztab szkoleniowy postanowili mu pomóc. Przy stanie 1:1 Lech stracił Antonio Milicia, Chorwat jest kolejnym ważnym piłkarzem pokonanym przez uraz mięśnia. Przygotowanie rezerwowego młodego Mońki na boisko trwało tak długo, że goście zdążyli ponownie, znów bez wysiłku rozmontować, tym razem prostopadłym podaniem, osłabioną defensywę. Nawet z Miliciem była niepewna w grze, teraz posypało się wszystko.

Dramat Kolejorza trwał. Mogło być tragicznie, gdy Douglas popełnił faul w polu karnym. Na szczęście Mrozek wygrał walkę nerwów z napastnikiem z Korei o nazwisku Oh, Cóż z tego, skoro ten sam gracz strzelił gola kilka minut później, gdy szybki jak wiatr Sor kolejny raz ośmieszył Douglasa i podał pod bramkę. Lech przed tym meczem stracił obu prawych obrońców. Trener na prawą stronę skierował Szweda i gorzko tego pożałował. W przerwie, gdy na tablicy wyników było już 4:1 dla Genk, opuścił on boisko. Salamon nadal siedział na ławce. Do gry wszedł nagminnie mylący się w tym sezonie Gurgul. Nie minęły dwie minuty drugiej połowy, a goście prowadzili już 5:1. Mrozka pokonał nie kto inny, jak właśnie Gurgul. Drugi lewy obrońca, Moutinho, grał w drugiej połowie na prawej stronie. I był najlepszym zawodnikiem Lecha, jedynym rywalizującym z Belgami jak równy z równym. Skutecznie bronił, atakował, oddawał strzały. Nie można mieć zastrzeżeń do Jagiełły. Aktywny Palma odstawał od rywali nie techniką, ale szybkością.

Wysoko prowadzący Belgowie nie wysilali się, ale i tak byli o włos od kolejnych goli. Wystarczyło im przyspieszyć, wykorzystać wyższe umiejętności. Trzeba przyznać, że Lech też miał okazje bramkowe. Nie potrafił ich wykorzystać, bo nie ma w składzie graczy jakościowych, a trener doprowadził kibiców do rozpaczy znów dając szansę Fiabemie. Kiedy Norweg zgubił piłkę w sytuacji, gdy mógł zdobyć gola, z Kotła rozległo się gromkie: „Fia-be-ma! Fia-be-ma!”. Nie zabrzmiało to jak dodanie otuchy. Prawdopodobnie Frederiksen nie zdaje sobie sprawy, że wpuszczając młodego, pozbawionego umiejętności zawodnika na głęboką wodę wyrządza mu krzywdę.

Lech w rewanżu będzie się starał uniknąć jeszcze większej kompromitacji. Awans do Ligi Konferencji będzie miał w tym roku gorzki smak. Drużyna ta nie jest gotowa do rywalizacji na średnim nawet poziomie. Źle przygotowani do wysiłku piłkarze padają jak muchy, za chwilę nie będzie miał kto grać, nie ma kto ich zastąpić. W klasowych klubach właściciele z reguły pozbywają się „fachowców” odpowiedzialnych za taki stan rzeczy. W Lechu jest jakoś inaczej. Skutki nowoczesnego zarządzania oglądaliśmy w konfrontacji z europejskim średniakiem.

Udostępnij:

Podobne

Przetrwał. Wrócił. Zostaje w Lechu

Fatalny, najgorszy okres w przygodzie Radosława Murawskiego z futbolem wreszcie za nim. W meczu z Legią wrócił na boisko po dokładnie 364 dniach zmagania się