Choćby w następnej rundzie Pucharu Polski Lechowi znów się trafił rywal najniżej notowany w całej stawce, to i tak nikt nie postawi wszystkich pieniędzy na awans faworyta. Nie po meczach na Gibraltarze i w Słupsku. Rozkojarzoną, roztrzęsioną obronę Lecha wystarczy lekko nacisnąć, by zmusić ją do błędów, a mistrz Polski od dawna ma w składzie tylko jednego prawdziwego napastnika.
Kolejny blamaż bo o włos. Wystarczyło zrobić kilka korekt w składzie, by pewnie prowadzący po pierwszej połowie Lech pozwolił się ogrywać zespołowi amatorskiemu, grającemu w piłkę po godzinach pracy. Trener Fredreriksen wystawił jedenastkę możliwie najmocniejszą, by szybko zaklepać awans i dać szansę gry zmiennikom. Od dawna Lech nie grał na równie paskudnym boisku. Jego stan w dodatku pogarszał się z każdą minutą, deszcz bowiem nie przestawał padać, a zawodnicy obu drużyn tratowali ledwo żywą murawę. Najlepiej na takiej nawierzchni radził sobie Jagiełło, ale zagrał tylko 45 minut, podobnie jak Ishak.
Od wielu, wielu miesięcy mówi się o konieczności sprowadzenia wartościowego zmiennika kapitana Kolejorza. I na mówieniu się kończy. Klub się okropnie wykosztował na Agnero, ten jednak oczekiwań długo jeszcze nie spełni. Trener próbował tłumaczyć, że jest to inwestycja, piłkarz o wielkim potencjale może być w przyszłości bohaterem rekordowego transferu. Na razie trudno w to wierzyć, Ishaka wciąż nie ma kto zluzować. Pudła, jakie raz po raz zaliczał w Słupsku Agnero, wywoływały śmiech publiczności. Iworyjczyk z czasem zniechęcił się, przez długie minuty po prostu był na boisku, potem na chwilę się przebudził, by znów pudłować. Gdy miał u boku Fiabemę, umiejętności obu okazały się zbliżone.
Mistrz Polski, zmagający się z czwartoligowcem grającym w dziesiątkę po czerwonej kartce, kradnie czas, by utrzymać korzystny wynik? Tego nikt sobie nie wyobrażał, także w Słupsku. Tysięczna publiczność zachęcała swych zawodników do ofensywy, bo przecież wszyscy wiedzą, jak łatwo Lech traci bramki. Do całkowitej kompromitacji było bliziutko. Skrzypczak nie pierwszy raz w tym sezonie pokonał własnego bramkarza, a interpretacja tej sytuacji przez sędziów mogła być inna. Niejednemu arbitrowi wystarczyłby fakt, że to samobój, więc pozycji spalonej nie było. Tak to zresztą widzieli wszyscy na stadionie, wszyscy mówili (i krzyczeli) o skrzywdzeniu Gryfa, nikt nie widział naciskania na niefortunnego strzelca „spalonego” gracza.
Gdyby gol został uznany, wielkiego skandalu by nie było. Owszem, przez jakiś czas trwałyby dyskusje, niczego by jednak nie zmieniły. Lech w takiej sytuacji prawdopodobnie odpadłby z Pucharu Polski. W drugiej połowie nie potrafił strzelić gola i z każdą minutą był coraz mniej groźny. Gryf natomiast grał odważnie, nie miał niczego do stracenia, a wykorzystać brak obrony potrafiłby nawet B-klasowiec. Z punktu widzenia Lecha był to mecz kuriozalny. Miał bez porównania lepszych piłkarzy, prowadził, ale potem to trwonił i ledwo, ledwo wywalczył awans.
Podobno zwycięzców się nie sądzi, liczy się awans, ale okoliczności chwały mistrzowi Polski nie przynoszą. Dość powiedzieć, że w całym meczu drużyna grająca cztery poziomy niżej oddała tyle samo strzałów, w tym tyle samo celnych.



