Jak być najsłabszym graczem w drużynie, odstawać umiejętnościami, przegrywać wszystkie starcia o piłkę, ale zdobyć zwycięskiego gola w ważnym meczu? To tajemnica futbolu, ale przede wszystkim intuicja trenera, bo nikt inny nie wystawiłby podobnego składu. Lechowi opłaciła się wymiana ponad połowy składu, spokojna gra w pierwszej połowie, udało się przetrzymać napór Gieksy w drugiej i wygrać 1:0.
Jak szaleć, to szaleć. W porównaniu do składu wyjściowego z czwartkowego meczu pucharowego trener Lecha przeprowadził aż sześć zmian, jakby oszczędzał piłkarzy przed przerwą reprezentacyjną. Z obrońców pozostał tylko Milić, nowymi graczami tej formacji byli Gumny, Skrzypczak, Moutinho. Zmienili się skrzydłowi. Od początku grał Bengtsson, a nie Lisman, na drugim skrzydle niespodziewanie pojawił się Fiabema, a odpoczywał Ismaheel. Palma grać nie mógł, obecny na boisku był Kozubal.
Niewiele ciekawego działo się w pierwszych fragmentach meczu, głównie za sprawą Lecha, mało zainteresowanego atakowaniem, rozgrywającego niemal wyłącznie w środku boiska, spokojnie, z namaszczeniem, jakby chciał przetrwać bez straty bramki, oszczędzać siły. Natomiast GKS ani myślał o niskiej defensywie, starał się dużo biegać, zagrywać szybko i głównie do przodu. Kilka razy było groźnie pod bramką Mrozka, po przeciwnej stronie długo nie działo się nic.
Po 20 minutach powolny mecz zamarł na dobre aż na 10 minut – z powodu zadymienia stadionu. A potem gra Lecha w trybie ekonomicznym trwała w najlepsze, gdy Gieksie coraz gorzej wychodziło przyspieszanie. Piłkarze gości nie dość, że nie forsowali tempa, to mylili się, popełniali błędy. Słabiutko, niezbornie wypadał Fiabema, jak nie piłkarz ekstraklasy. Przegrał wszystkie pojedynki. Nikt by się w tym momencie nie spodziewał, że właśnie on zostanie bohaterem Kolejorza, już po upływie czasu regulaminowego. Od Jagiełły otrzymał podanie stojąc na wprost bramki i oddał strzał oczywiście niezbyt mocny, raczej spokojny, ale piłka nie była dla bramkarza osiągalna. Lech w ten sposób objął prowadzenie.
Pierwszą połowę sędzia przedłużył aż o 12 minut, a wszystkie z nich należały do Lecha, który wciąż grał powoli, ale pewnie. Nie był zainteresowany szybkim atakowaniem, ale posiadaniem, kontrolowaniem meczu i wszystko to się udawało. Na drugą połowę Kolejorz wyszedł na boisko z zamiarem prowadzenia podobnej gry. Przez kilka minut się to udawało, ale potem już zaczął się pierwszy w tym meczu okres wyraźnej przewagi Gieksy. Lech miał ogromne problemy z wyprowadzaniem piłki. Wracała ona raz po raz pod pole karne Mrozka. Próby spokojnego rozgrywania najczęściej kończyły się bezładnym wybijaniem przez bramkarza, także na aut. Po kwadransie dopisało mu szczęście – piłka odbiła się od poprzeczki. Potem jeszcze błysnął refleksem, w ostatniej chwili broniąc piłkę zmierzającą do bramki po rykoszecie.
Po 20 minutach trener Frederiksen wymienił aż czterech graczy. Nie zmieniło to obrazu gry, choć Lech teraz częściej próbował grać szybko. Miał nawet dobrą okazję bramkową, ale pech dotknął Agnero, a potem fatalnie skiksował słabo tego dnia grający Begtsson. Po kilku minutach świetną obroną na linii popisał się Pereira. Gra była teraz znacznie żywsza niż przed przerwą, niestety wciąż z przewagą graczy miejscowych. Lech się jednak odgryzał, a najgroźniejszy był w ostatniej minucie czasu doliczonego, gdy strzał rezerwowego Izmaheela świetną interwencją zatrzymał bramkarz Gieksy, piłka trafiła do Oumy, niestety jego dobre uderzenie desperacką interwencją obronił defensor Jędrych.



