Rzut okiem na… słabość Kolejorza w decydujących momentach.

Wydawało się, że Kolejorz teraz już naprawdę idzie „na majstra”, a tu znowu wtopa. Przed meczem usłyszałem od znanego komentatora i eksperta, że ten mecz będzie dla Lecha formalnością ze względu na to, że Górnik wobec braku Angulo i Wolsztyńskiego nie ma czym ukąsić. Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tą opinią twierdząc, że problem Lecha leży w sferze mentalnej i mecze z dużym obciążeniem mu nie wychodzą.

Niestety, wykrakałem. Lech zagrał dobrą pierwszą połowę, ale nic nie strzelił, a na przerwę schodził mając dwie bramki do tyłu. Jak to możliwe? Ano jak zwykle u Lecha. Wystarczy, że coś nie wyjdzie i zaczynają się nerwy. Chaotyczna gra długimi, wysokimi podaniami skazana była na niepowodzenie wobec dominacji wzrostowej zawodników z Zabrza. Jeśli do tego dodamy tragiczną grę Klupsia i Situma na prawej stronie, to już robi się źle. Jeszcze gorzej robi się, kiedy trener sprawia wrażenie człowieka w ciężkim szoku, który nie potrafi wykrztusić z siebie nic sensownego, co mógłby powiedzieć swoim zawodnikom.

Trener Brosz wykorzystywał każdą chwilę na żywiołowe wskazówki dla swoich graczy. Przy nim  zawsze w każdej chwili przerwy w grze było kilku graczy Górnika. Do trenera Bjelicy nikt nie podbiegał. Trener stał sam w milczeniu, jakby nie mogąc zrozumieć, co się dzieje na boisku. Po meczu powiedział, że zespół walczył podejmując ryzyko. W sytuacji Lecha pozytywnym ryzykiem byłoby przejście na grę trzema obrońcami i wzmocnienie siły uderzeniowej. Trener podjął ryzyko negatywne wycofując na prawą obronę Gajosa, a przesuwając do przodu Situma, który nadal raził indolencją we wszystkich swoich poczynaniach.

Trener Brosz po meczu powiedział, że bardzo się cieszy z tego zwycięstwa. I to wszystko. Krótko, naturalnie, zwyczajnie. Przyjechali, zagrali i wygrali. Chłopaki bez większego piłkarskiego dorobku, bez swoich żądeł w osobach Wolsztyńskiego i Angulo pokazali, że grając mądrze taktycznie i z chłodną głową można wybić marzenia o mistrzostwie zawodnikom sprowadzanym za grube pieniądze i znacznie lepiej opłacanym. 

Teoretycznie Lech wygrywając pozostałe cztery mecze może zostać mistrzem, ale patrząc na jego grę jakoś trudno mi w to uwierzyć. W pierwszej ósemce tabeli nie ma słabeuszy. Nie znaczy to, że wszyscy są tacy dobrzy. Nie. To trójka ligowych „dominatorów” z góry tabeli jest taka słaba i chimeryczna, że może przegrać z każdym. Dotychczasowe wyniki to potwierdzają. Tak więc wyjazdy Lecha do dwóch Wiseł w Płocku i Krakowie nie nastrajają optymistycznie, a już walka u siebie z nożem na gardle z Jagą i Legią napełniają kibiców prawdziwym lękiem. Jak dotąd kształtuje się tu pewna reguła: Lech przegrywa z drużynami, z którymi niedawno wygrywał w rundzie zasadniczej. Oby to był tylko chwilowy zbieg okoliczności.

Udostępnij:

Podobne

Cisza przed burzą

Niewiele brakowało, by początek sezonu był dla Lecha wymarzony. Jeden tragiczny występ pogrzebał szanse na historyczny sukces pucharowy, czyli wejście do piłkarskiej elity. Ten koszmar

Sztuka nieprzewidywalności

Mimo meczu zaległego, Lech jest liderem tabeli po szóstej ligowej kolejce. Raków, jego niedzielny przeciwnik, też rozegrał pięć spotkań, ale jako jedyny wszystkie przegrał. Na