Czytając skład Rakowa Częstochowa można było zadać sobie pytanie – jakim cudem zespół mający tak dobrych piłkarzy przegrywa wszystkie kolejne ligowe mecze. Potem okazało się to oczywiste. Nie piłkarze są ważni, lecz drużyna, jaką tworzą, zresztą zawodnicy ci już dawno stracili formę i wciąż nie potrafią jej odzyskać. Lech, grający w wyjazdowym komplecie strojów, był bez porównania lepszy, powinien wygrać wysoko, toczył jednak pojedynek nie tylko z rywalem, ale i samym sobą.
Spotkanie zaczęło się od zdecydowanej przewagi gospodarzy. Od razu zamknęli Raków na jego połowie i ani myśleli dopuszczać go do głosu. Dopiero po ośmiu minutach goście wydostali się spod pressingu i przemieścili piłkę pod pole karne Lecha, a jedynym tego skutkiem był wrzut z autu pod bramkę, zresztą nieudany. Już na samym początku można było wszystko rozstrzygnąć, wystarczyło zakończyć powodzeniem choćby dwa-trzy ataki. Lech jednak nie miał pomysłu, jak wejść w pole karne, poza tym mylił się dramatycznie, tracił piłkę przy każdym właściwie rozegraniu. Owszem, oddawał strzały, ale wszystkie były niecelne. W pierwszej połowie tylko raz trafił w światło bramki. Uderzenie Sayyadmanesha, niezbyt zresztą mocne, Trelowski wybił na rzut rożny.
Raków natomiast w pierwszej połowie nie strzelił celnie ani razu. Nie strzelał zresztą prawie wcale, choć kilkakrotnie, przy większej celności mógł coś wskórać. Lech natomiast tylko własnej indolencji, brakowi polotu i szybkości „zawdzięczał” zero po stronie zysków. Powolnością raziło kilku graczy Kolejorza, ale to Jagiełło poruszał się jak mucha w smole i wydawało się, że wlaśnie on opuści boisko w przerwie. Trener podjął inną decyzję. Skrzypczaka z żółtą kartką na koncie zastąpił Yegbe, a słabiutkiego, bezproduktywnego Palmę Walemark. Szwed od razu nadał szybkości atakom Lecha, był nieuchwytny dla obrońców. Brakowało mu tylko szczęścia w strzałach, za to bardzo dobrze, po błyskawicznych rajdach prawym skrzydłem, obsługiwał kolegów.
Raków w drugiej połowie miał jeszcze mniej do powiedzenia niż w pierwszej, choć trzeba przyznać, że stać go było na jedno celne, obronione przez Lisa uderzenie. Lech natomiast strzelał teraz znacznie częściej, ale był dramatycznie nieskuteczny. Nieprawdopodobny „popis” zaliczył Agnero, który mógł rozstrzygnąć wynik. Kilka razy gubił piłkę, źle podawał kolegom, ale w końcu wyszła mu dobra akcja, gdy uwolnił się spod opieki obrońcy, położył bramkarza i mając przed sobą pustą bramkę z trzech metrów kopnął mocno nad poprzeczkę. Wzbudził tym wściekłość nie tylko na widowni. Trener, zwykle cierpliwy i wyrozumiały, natychmiast zdjął go z boiska. Zastąpił go Ishak. Przyspieszył to, co i tak w tym meczu planował.
Jednak nie ta zmiana okazała się kluczową, lecz wejście na boisko Bengtssona w miejsce dobrze jak zwykle grającego Sayyadmanesha. To Szwed okazał się jokerem, zdobył złotego gola, mimo iż bliższy tego był jego rodak Walemark. Właśnie Patrik przeprowadził kluczowy atak meczu. Kolejny raz zgubił defensywę, padł w polu karnym po starciu z obrońcą domagając się jedenastki. Sędzia nie zareagował, więc należało liczyć na VAR, ale akcja trwała, w posiadaniu piłki znalazł się Rodruguez i przekazał ją na lewo będącemu we właściwym miejscu Bengtssonowi. Ten strzelił, pomógł mu rykoszet od obrońcy i 33 tysiące kibiców wpadło w euforię.
Raków próbował odrobić stratę, atakował groźniej niż do tej pory, ale był dalszy wyrównania niż Lech podwyższenia wyniku. Gości w niesamowity sposób ratował Trelowski, broniąc strzały Walemarka i Ishaka. Szczególnie w tym pierwszym przypadku wydawało się, że nic już Rakowowi nie pomoże. Dobrych akcji było więcej, niestety niektórzy gracze Lecha, dobrze grający w czwartek, teraz zawodzili. Szczególnie dotyczy to Rodrigueza, marnującego kolejne szanse na wyprowadzenie kontrataków, potykającego się o własne nogi.
Sędzia Kos zadziwiał niekonsekwencją. Gdyby miał jej więcej, goście nie dokończyliby meczu w komplecie. W pierwszej połowie szastał żółtymi kartkami, bywał jedną osobą widzącą faule tam, gdzie ich nie było. Po przerwie chyba zapomniał zabrać kartoniki, więc nie mógł ich użyć ani razu, choć powinien. Jego łaskawości Tudor zawdzięcza dogranie do końca meczu, bo faulem zatrzymał dobry atak Lecha. Raków mógł więc próbować uratować punkt, Lech w atakach dłużny nie pozostawał. Nic się już jednak nie zmieniło. Goście ponieśli szóstą porażkę z rzędu. Mistrz Polski wygrał piąty kolejny mecz i wciąż jest liderem. 16 punktów w sześciu pierwszych meczach to najlepszy jego start ligi od niepamiętnych czasów. Tyle też wynosi teraz jego przewaga nad Rakowem, do tej pory jednym z głównych ligowych rywali.



