Zwycięzców się nie sądzi? Niekoniecznie. Lech pokonał nisko notowanego Radomiaka, ale z dużym trudem, pozostawiając kibicom mieszane uczucia. Trzy punkty nie zawdzięcza dobrej zespołowej grze, kontroli nad meczem, ale indywidualnym umiejętnościom ważnych piłkarzy. Kłopoty w przełamywaniu defensywy drużyn okopanych przed swoją bramką i słabsza niż na początku rozgrywek postawa kilku graczy, popełnianie przez nich błędów, budzą niepokój.
Wystarczy spojrzeć na tabelę, by poczuć satysfakcję. Pierwsze miejsce w tabeli, trzy punkty przewagi nad aktualnym mistrzem, aż dziewięć nad Legią, doskonały stosunek bramek, brak zwycięstwa w trzech tylko meczach – świetna pozycja wyjściowa do walki o mistrzostwo, tym bardziej, że obie wspomniane drużyny uwikłane są w walkę w Europie. Tyle, że one wygrywają i tu, i tu. Nie tracą punktów w lidze, w przeciwieństwie do Lecha mającego z tym niegdyś kłopot. Może dlatego, że pucharowi rywale są ostatnio słabi, nietrudno z nimi wygrywać nie tracąc przy tym sił. Jagiellonia nie ma rozbudowanej kadry, ale i tak dobrze sobie radzi na dwóch frontach, wbrew przepowiedniom.
Wszystko to się może zmienić, zwłaszcza wiosną, bo patrząc na pucharowy terminarz obu zespołów, kontynuacja pucharowej rywalizacji jest co najmniej prawdopodobna. Kiedyś byśmy powiedzieli, że to wielka szansa dla ich ligowych przeciwników. Może tak będzie, ale na razie Lechowi trudno odskoczyć od regularnie i pewnie grającej Jagiellonii. Żaden zespół nie utrzyma dobrej formy przez cały sezon, większy lub mniejszy kryzys dopadnie każdego. To nie jest zmartwienie Lecha. Trener Niels Frederiksen musi troszczyć się o formę własnej drużyny. A jest ona słabsza niż jeszcze niedawno, gdy intensywną grą zamęczała kolejnych przeciwników, wygrywała mecz za meczem, tracąc bramki sporadycznie.
W tym sezonie oglądamy Lecha znacznie lepszego niż w poprzednim, ale powoli ujawniają się dawne niedostatki. Słabością tej ekipy, niezależnie od tego, kto ją aktualnie trenuje, jest nieumiejętność przełamywania nisko ustawionej, szczelnej obrony rywala. Mieliśmy nadzieję, że to już przeszłość, bo siła i aktywność Lechowej ofensywy nie pozostawi nikomu złudzeń. A jednak znów oglądamy bezproduktywne podania wszerz, spokojne rozgrywanie ataku pozycyjnego. Na to nakładają się niecelne podania, przegrywane dryblingi, a co najgorsze – złe wyprowadzanie piłki spod własnej bramki. Trudno wykorzystywać fazy przejściowe, gdy już w pierwszym podaniu piłka kierowana jest pod nogi przeciwnika. Ostatnio najczęściej dopuszczał się tego doświadczony Salamon. Lepiej zorganizowany, szybciej atakujący przeciwnik zrobiłby z tego lepszy użytek niż Radomiak.
Niels Frederiksen i jego współpracownicy muszą się też zastanowić nad przyczynami zadziwiającego zjawiska. Nawet grając z przeciwnikiem o znacznie mniejszych możliwościach, Lech nagle traci kontrolę nad meczem, i to nie na chwilę, ale na całe kwadranse. To się może boleśnie mścić, jak w meczu przeciwko Motorowi. W sobotnim spotkaniu udało się zapobiec nieszczęściu, ale było ono bliskie. Gdyby nie przebłysk klasy Sousy i strzelecki instynkt Ishaka, nie byłoby drugiej, zwycięskiej bramki.
W Krakowie trener Lecha mądrze zadziałał w przerwie, przez co zobaczyliśmy potem innego Lecha. Teraz reakcji na nagłą słabość, jaka ogarnęła Lecha w drugiej części pierwszej połowy, nie było. Skutki przyszły natychmiast. Mogło być jeszcze gorzej, bo Radomiak zapomniał o żelaznej obronie, chciał wykorzystać słabości lidera i miał kilka dobrych okazji bramkowych. Frederiksen zmiany wprowadził dopiero po 20 minutach. Wbrew pozorom, kadra Lech wcale nie jest szeroka. Tym razem Walemark zagrał słabo, ale jego zmiennik Fiabema potrafi tylko biegać. Gdyby Lech zamiast niego miał skrzydłowego o umiejętnościach niekoniecznie takich, jak u Velde, ale przynajmniej ligowych, mógłby odmieniać obraz gry.
Fiabema lepiej nie zagra nigdy, bo nie potrafi. Gorsze jest to, że nie tylko Walemark tym razem nie dał wiele drużynie. Występ Gholizadeha możemy określić jako jeszcze słabszy niż przed wakacjami. Rezerwowy Hotić zmarnował świetną okazję na podwyższenie wyniku, zupełnie jak nie on. Potem jeszcze frustrował się, gdy koledzy go przepędzili, gdy chciał wykorzystać umiejętność zdobywania bramek z rzutów wolnych. Sousa na wielkim poziomie zagrał tylko raz. Kozubal mylił się częściej niż zwykle. Periera zdobył ładną i ważną bramkę, ale jego dośrodkowania tym razem nie były udane. Wszystko to niepokoi i zakłóca radość z wygranej i pierwszego miejsca w tabeli.



