Nieprzewidywalny? Za słabe określenie. Lech działa w innym wymiarze

Futbol potrafi być zagadką dla wszystkich – analityków, komputerowych geniuszów, ludzi z intuicją pozwalającą przewidzieć, na co się zanosi. Gdyby kibicom męczącym się oglądaniem w Luksemburgu meczu Lecha, zwłaszcza w pierwszej połowie, ktoś powiedział, że jeszcze kilka dni i nastąpi całkowita odmiana, zostałby uznany za szaleńca. Takie cuda się nie zdarzają.

A jednak to się zdarzyło, więc wcale nie było cudem, ale zjawiskiem mającym wytłumaczenie. Tylko jakie? Forma potrafi wrócić, ale nie z dnia na dzień i w tak gwałtowny sposób. To nie mogło wynikać z przygotowania fizycznego, przynajmniej nie tylko z niego. Czasami wystarczy trochę świeżości, by się odblokować. Prawdopodobnie potwierdziła się prawda, że u piłkarzy najważniejsza jest głowa. To w niej musiała dokonać się przemiana. Impulsem mogło być zrealizowanie celu, czyli awans do fazy grupowej, wiara we własną sprawczość.

Coś dziwnego stało się też z Johnem van den Bromem. Nie panował nad niczym. Nie potrafił wytłumaczyć przyczyn dramatycznej słabości drużyny i wszystkich jej piłkarzy. Jego bezradność zmuszała do zastanowienia się, czy to jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Trenerskich kwalifikacji nikt nie kwestionował, ale wielu sugerowało, że trafił w złe dla siebie miejsce, niczego wartościowego nie potrafi tu zdziałać, być może nie rozumie polskiej mentalności, nie daje rady znaleźć klucza do serca i umysłu podopiecznych.

W niedzielę słaba niedawno drużyna okazała bezdyskusyjną wyższość nad niezłym przeciwnikiem, zdominowała go. Nadal nie wszystko się w grze zgadzało, słabości i niedoskonałości były ewidentne, ale przełom stał się faktem, a zwycięstwo powinno być okazalsze. Po kilku dniach było jeszcze lepiej. Przez pierwszy kwadrans nic tego nie zapowiadało, widzieliśmy starego, „dobrego” Lecha, mającego problem z wymianą kilku celnych podań. Szczególnie irytował nieskoordynowany, zagubiony Velde. Ten sam, który niebawem, ni z tego ni z owego, strzelił filmowego gola. Coś tu się nie zgadza. Jak jedno z drugim połączyć?

Równie niezrozumiała jest postawa Skórasia. Znany był z zawodzenia w decydujących momentach. Oddaje nieprzemyślane strzały, z dużą precyzją kieruje piłkę w to akurat miejsce, gdzie nie ma kolegów z drużyny. Tymczasem jego wypuszczenie Velde na dogodną pozycję, a zwłaszcza błyskotliwa wymiana podań z Marchwińskim i przelobowanie z zimną krwią bramkarza wskazuje, że mamy do czynienia z piłkarskim asem. Co nie znaczy, że teraz będzie grał już tylko w ten sposób, chyba jeszcze niejeden raz mocno nas zdenerwuje.

John van den Brom od tygodnia podejmuje decyzje wydawałoby się absurdalne, ale finalnie korzystne. Ustala skład, który wydaje się nie mieć szans na zwojowanie czegokolwiek, a kończy się to sukcesem. Ishak jest renomowanym snajperem, ale gdy był zdrowy, Lech nie wygrywał. Gdy zastępuje go nieopierzony, uczący się dopiero futbolu Szymczak, drużyna strzela gole i zwycięża. Kiedy w Gdańsku na ławce zasiedli Amaral i Sousa, czyli piłkarze kreatywni, można się było spodziewać, że Lechowi trudno będzie znaleźć sposób na obronę Lechii. Dzieje się dokładnie odwrotnie, kreatywnością wykazują się gracze, których trudno byłoby o to podejrzewać. I wychodzi na van den Broma, choć według wszelkich znaków na niebie i ziemi – nie miało prawa. W Lechu nic nie jest oczywiste…

To prawda, że Lechia bardzo mu pomogła, tak jak wcześniej Lech pomógł zespołom, które go łatwo ogrywały na Bułgarskiej. Prawda też, że w grze Lecha mnóstwo jest niedoskonałości, powtarzają się stare błędy. Na szczęście nie one ostatnio decydują, ale przeplatające się z nimi zagrania klasowe tych, co chwilę wcześniej doprowadzali kibiców do wściekłości. Stosowanie w futbolu logiki, wyciąganie wniosków z oczywistych sytuacji, bywa zawodne. Jednak w Lechu następują zdarzenia nieprzewidywalne całkowicie. Coraz trudniej nie tylko wytypować wynik, ale i przewidzieć, czym nas uraczą ludzie, na których postawi trener.

Udostępnij:

Podobne