Analiza

 

Długo możemy wymieniać błędy piłkarzy Lecha i gafy władz klubu, ale kopanie leżącego to żadna satysfakcja. Trzeba spróbować znaleźć przyczyny klęski i zastanowić się, jak wyjść z kryzysu. Przede wszystkim jednak – czy w obecnym układzie jest to w ogóle możliwe.

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że nie będzie nikogo karać za błędy, jednak tylko pod warunkiem, że popełnia się je tylko raz. W Lechu te same błędy powielane są uporczywie, lecz bez żadnych konsekwencji. Wszyscy wiedzą, jak wielkie znaczenie dla klubowego budżetu ma gra w fazie grupowej europejskich pucharów, ale co rok Lech przystępuje do eliminacji osłabiony. To już jest jakieś fatum, bo w tym roku co prawda odszedł tylko Tonew, ale wielu piłkarzy wpadło w kłopoty zdrowotne, w tym gracze sprowadzeni do Poznania.

Władze klubu były świadome, jakim składem dysponuje trener. Nie zrobiły niczego, by sytuację ratować. Pewnie sobie pomyślały, że nie ma sensu sprowadzać kolejnych zawodników, gdy drużyna w tej fazie eliminacji mierzy się z zespołami przeciętnymi. Okazało się, że kiedy po boisku nie biega się z odpowiednią szybkością, kiedy brakuje pomysłu na rozegranie ataku, można zostać pokonanym przez tych, co potrafią biegać do kontrataku.

Trener Mariusz Rumak mówił wielokrotnie, że jego Lech ma grać szybko, atakować skrzydłami. Nie widział w składzie Jakuba Wilka, bo jego zdaniem nie nadążałby za akcjami kolegów. W czwartek ten zawodnik bardzo by się Lechowi przydał. Jego celne, mocne dośrodkowania i mierzone strzały z daleka mogłyby rozstrzygnąć sprawę awansu. Kuba uratował Lechowi niejeden mecz, nie byłby też nic a nic wolniejszy od człapiących po boisku, prowadzących monotonne akcje kolegów.

Gołym okiem widać, że Lechowi nie brakuje sił. Potrafi wytrzymać cały mecz, piłkarze w 80. minucie nie snują się po boisku. We współczesnym futbolu wytrzymałość to jeszcze nie wszystko. Wygrywa nie ten, kto dużo biega, ale kto biega mądrze, ale przede wszystkim szybko. Z tym u Lecha nie jest chyba dobrze. Słaba litewska drużyna rozgrywała swoje nieliczne akcje ofensywne bez porównania szybciej, a jej piłkarze, którzy po 70. minucie mieli paść ze zmęczenia na naturalną trawę, nawet w 90. minucie biegali do kontrataków równie szybko, jak w pierwszej połowie.

Podobno Lech zamierza jeszcze w sierpniu sprowadzić kreatywnego, szybkiego, ofensywnego zawodnika. Gdyby tak się stało, byłaby to musztarda po obiedzie, bo takiego gracza Lech potrzebował w meczu z Żalgirisem. Powtórzyłaby się sytuacja z Rudniewem, który nie zdążył do Poznania na decydujące o awansie do Ligi Mistrzów mecze. Komitet transferowy nie szasta pieniędzmi, pochyla się nad każdą wydawaną złotówką, stara się sprowadzać zawodników, za których nie trzeba płacić. To polityka rozsądna, ale ryzykowna. Czasami lepiej poświęcić kilkaset tysięcy euro na dobry transfer, ale zarobić miliony dzięki grze w Lidze Europy.

Klub piłkarski nigdy nie będzie dobrze prosperował, gdy jego władze dobrze się znają na biznesie, na prowadzeniu polityki finansowej, ale gorzej im idzie z budową zespołu. Ten drugi element to poważne wyzwanie. Tej sztuki nie można się wyedukować w żadnej szkole, do tego potrzebne jest wyczucie, znajomość ludzi, a przede wszystkim doświadczenie. Najmocniejsza w historii Lecha drużyna, ta z lat 2008-2011, zbudowana została przez ludzi z dużą piłkarską wiedzą, zgromadzoną przez wiele lat pracy, z intuicją. Dziś mamy drużynę, w której nie brakuje klasowych graczy, lecz nie ma w niej zawodników wyjątkowych, wybitnych. Nie było łatwo sprowadzić do Poznania „Lewego”, Peszki, Stilicia, Rudniewa, a każdy z nich potrafił wygrać Lechowi mecz niemal w pojedynkę.

Na miejscu właściciela klubu poświęciłbym trochę pieniędzy na zaangażowanie w klubie prawdziwego fachowca, człowieka z doświadczeniem, takiego dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia. W każdym markowym klubie ktoś taki pracuje. Jest prawą ręką prezesa, a zaufania do niego nie ma taki tylko właściciel, który jest przekonany o własnej nieomylności. Mocna drużyna to serce klubu, jego przyszłość i pieniądze. Nie można jej powierzyć amatorom. Szkoda kasy. Nie odrobi jej żaden marketing.

Młody trener Lecha stoi przed najtrudniejszym wyzwaniem w swoim życiu. Nawet szkoleniowiec z wiedzą uzyskaną przez długie lata pracy miałby problemy z pokonaniem obecnego kryzysu. Trzeba zmienić w grze drużyny właściwie wszystko. Jej styl ostatnio niebezpiecznie zbliżył się do tego, co prezentowała w okresie eksperymentów człowieka z Barcelony. Sama ambicja to za mało, by grać lepiej, Lech przecież nie przespał ani meczu w Lubinie, ani tego z Żalgirisem. Każdy kibic Lecha czuje się trenerem i ma gotową receptę na grę i sukcesy, ale wbrew pozorom łatwego rozwiązania dziś nie znajdziemy. Zbyt wiele elementów trzeba poprawić, ustawić inaczej, zbyt wielu piłkarzy przekonać do kompletnie innego rozgrywania piłki, kierowania jej do przodu. Niby wszyscy wiedzą, że podaniami do tyłu i w bok nikt jeszcze meczu nie wygrał, jednak zawodnicy Lecha zaprogramowani są inaczej i nikt nie potrafi ich odkodować.

Jeżeli Mariusz Rumak względnie szybko opanuje sytuację, a tego mu serdecznie życzę, okaże się fachowcem dużej klasy. Do tego potrzebna jest umiejętność wyciągania wniosków z niepowodzeń. W krótkiej pracy z pierwszą drużyną Lecha odniósł już trochę sukcesów, ale i poniósł bolesne porażki. Po każdym meczu chętnie mu błędy wyliczamy, ale wtedy to on sam je już widzi. Wie też, że na początku sezonu przeżył tak bolesne rozczarowanie, iż może być pewny jednego: nic gorszego jego drużyny już nie spotka.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli