Duże lanie na małym boisku

Wielu osobom perspektywa pucharowego meczu Lecha w Wilnie spędzała sen z powiek. Nie za przyczyną kiepskiej formy piłkarzy Lecha u progu nowego sezonu, bo mieli spokojnie wypunktować nisko notowanego rywala. Niepokój budziła pozasportowa otoczka tego meczu.

Kibice Lecha domagali się kilku tysięcy wejściówek na wileński LFF Stadion. Litwini mieli dla nich dokładnie tyle, ile wymagają przepisy, czyli kilkaset, w dodatku ociągali się z ich przysłaniem, piętrzyli rozmaite problemy. Nie tylko w tym przypadku zachowali się, delikatnie mówiąc, mało przyjaźnie. Ujawnili to, z czego są znani – pomieszaną z kompleksami niechęć do Polaków, zamiar robienia im na złość przy każdej okazji. Tamtejsze media wytworzyły nastrój grozy traktując kibiców Lecha tak, jakby wiedzę na ich temat pobierały od funkcjonariuszy polskiej administracji rządowej.

Z dużej chmury mały deszcz. Oprócz zaczepek Litwinów i ich drobnych prowokacji, a także aktów wandalizmu, takich jak niszczenie poznaniakom samochodów, nie wydarzyło się nic groźnego. Ogromne, jak na tamtejsze warunki siły policyjne nie były do niczego potrzebne. Prawdopodobnie niektórych komentatorów to rozczarowało, bo „ratowali się” wywołując i podsycając konflikty tam, gdzie ich nie było.

Litwini nie są przyzwyczajeni do organizacji dużych imprez piłkarskich. Powiem więcej – oni nie są przyzwyczajeni do organizacji żadnych imprez piłkarskich. Frekwencja na ligowych meczach liczona jest w setkach. Kiedy na stadion przyszło kilka tysięcy mieszkańców Wilna, wiele spraw wymknęło się spod kontroli. Wpuszczanie widzów trwało przez większą część pierwszej połowy meczu. Przed jedyną bramą stał tłum ludzi pokornych, ze zrozumieniem akceptujących fakt, że skoro zjawili się tak licznie, to nie ma co się denerwować, prędzej lub później wszyscy wejdą.

Osoby funkcyjne wskazywały wchodzącym na główną trybunę drogę, ale były średnio zorientowane i prawie każdy organizator mówił coś innego. Nie obowiązywały kierunki ruchu, każdy mógł się przedostawać w dowolne miejsce, nikt niczego rygorystycznie nie przestrzegał. Goście z Poznania, przyzwyczajeni do restrykcji ustawy o organizacji imprez masowych, czuli się tak swobodnie, że aż nieswojo, czegoś im wyraźnie brakowało. Mogli sobie przypomnieć dawne lata, gdy także w Polsce nikt nie traktował stadionu jako monitorowanego wszelkimi dostępnymi środkami pola bitwy. Gdyby na Litwie ktoś wprowadził polskie przepisy, przy tamtejszej frekwencji łatwo byłoby brać na bramie od kibiców nie tylko odciski palców, ale i próbki DNA. Ułatwiłoby to ujęcie i skazanie bandytów odpalających race.

Wilnianie musieli być nieźle zdziwieni czytając pomeczowe komentarze pisane w Poznaniu przez ludzi nie mających pojęcia, co rzeczywiście się w Wilnie działo. Ten i ów dał się podpuścić, więc skrytykował kibiców Lecha za próbę odbicia Wilna z rąk litewskich. Łatwo się ośmieszyć snując oceny z perspektywy setek kilometrów, przy zupełnej nieznajomości wydarzeń i takich zjawisk, jak kibicowskie obyczaje. Fani Lecha pokazali się w wielu europejskich miastach. Nieprzyjaźnie traktowani byli w nielicznych. Chcąc mieć informacje na temat ostatniego wyjazdu, wystarczyłoby sięgnąć do internetowych wydań miejscowych gazet. Te litewskie podkreślały, że kibice Lecha zachowali się znacznie lepiej niż ktokolwiek po nich mógł się spodziewać. Polskie natomiast zwracały uwagę na nutki patriotyzmu i na to, że poznaniacy nie dali się sprowokować Litwinom. Potraktowali ich mniej więcej tak, jak reaguje się na pieska oszczekującego przechodniów zza płotu.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby równie dobrze jak kibice spisali się piłkarze. Pojechali po łatwe zwycięstwo, wrócili z porażką. Niby wiedzieli, jakiej taktyce hołduje zespół litewski, ale nie potrafili sobie z nią poradzić. Niecelne podania i proste straty były wodą na młyn dla miejscowej drużyny. Po przechwycie piłki następował błyskawiczny kontratak, który nie miał w sobie niczego z gry na aferę, z chaosu. Każde podanie było przemyślane, każde zagranie wcześniej wyćwiczone. Podobno polskie zespoły najlepiej czują się w kontrataku. Litwini pobili więc polską drużynę jej własną bronią.

Gra na sztucznej trawie i niewielkim boisku tylko częściowo tłumaczy piłkarzy Lecha. Trudno im było atakować na nawierzchni, na której czuli się niepewnie. Zanim mecz się rozpoczął, gospodarze wylali na plastikową trawę ogromne ilości wody. Nie stała ona, nie tworzyła kałuż, ale piłka zachowywała się inaczej niż na trawie naturalnej. Trener Marek Zub, zanim podjął pracę w Żalgirisie, prowadził polskie kluby. Dobrze zapamiętał, że przeciętne zespoły nauczyły się radzić z monotonnym rozgrywaniem piłki przez Lecha. Wiedział, że Bakero nie pracuje już w Poznaniu, ale coś po sobie zostawił. Lech w Wilnie grał równie „porywająco”, jak w ponurych czasach Baska.

Porażka Lecha to niemałe rozczarowanie dla kibiców Lecha, tych zasiadających na stadionie i tych skazanych na Polsat. Jedni z bliska przypatrywali się triumfującym Litwinom, drudzy musieli wysłuchiwać złośliwych komentarzy sprawozdawcy. Kibice Lecha potrafią być krytycznie nastawieni do swoich piłkarzy, zdarza im się nawet ich zrugać, jak zresztą postąpili w Wilnie. Nie znoszą jednak, gdy ich drużyna krytykowana jest przez tych, którzy czynią to z taką radością, jakby tylko na jej potknięcia czekali.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli