Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli Lecha? Czy potrzeba jeszcze większej motywacji? Jak się okazało – potrzeba. Znów dał o sobie znać syndrom Lecha zawodzącego w najmniej spodziewanym momencie. Nie potrzeba do tego mocnych przeciwników. Największym jest dla siebie on sam.

Już po pierwszych minutach, po kolejnych pomyłkach Antoniego Kozubala, po niezbornych próbach uwolnienia się spod pressingu było jasne: tak bankrutuje system gry bez defensywnego pomocnika. Przebieg meczu nie pozostawił wątpliwości – Lech ma poważne problemy z grą w środku boiska. Na domiar złego brakuje mu energii, sprawia wrażenie słabego fizycznie i mentalnie. Nie radził sobie z nieustannym naciskiem i szybkimi atakami gości. Futbol jest niesprawiedliwy, skoro tak się prezentując nie poniósł porażki, trzy razy odrabiał stratę, a na koniec miał nawet szanse na zwycięstwo.

Dlaczego trener tak długo trzymał w grze bezproduktywnego Bengtssona? Klub odpuścił już sobie Palmę, nie wykupi go. Ale czy nie warto korzystać z jego umiejętności póki wciąż tu jest? Po wejściu na boisko zaliczył asystę, zdobył gola. Hakans też daje więcej niż Bengtsson, niż desperacko szukający formy Wolemark. Dzięki Palmie Fin zdobył gola, dzięki kapitalnej asyście Gholizadeha był o włos od drugiego. Zmiennicy okazali się lepsi niż Kozubal, Bengtsson, Walemark.

Nie dość, że Lech nie był w tym meczu sobą, to paraliżowało go ustawienie taktyczne. Zwykle rywale, znając jego siłę w ofensywie, zachęcają go do gry skrzydłami. Gieksa postąpiła odwrotnie, jakby wiedziała, gdzie rywal jest słaby. Walemark jako „dziesiątka” był bezużyteczny. Ani on, ani nikt inny nie kreował gry. Rodriguez starał się być wszędzie, ale nigdzie nie zrobił niczego dobrego, opuścił boisko zbyt późno. Samotnie stojący na skrzydle Gholizadeh wymachiwał rękami czekając na podanie, a w tym czasie piłka bezproduktywnie krążyła po obwodzie, wycofywana była do obrony ze strachu przed pressingiem.

Wymiana Kozubala powinna była nastąpić w przerwie. Rezerwowy Jagiełło też był słaby, równie często tracił piłkę, ale tłumaczy go długa przerwa w graniu. Gdy rywale prowadzili, a Lech przegrywał walkę o środek boiska warto było podjąć ryzyko i wcześniej skorzystać z Oumy. Nawet gdyby znów zrobił coś głupiego, to wiele już by nie zaszkodził. A skoro wciąż walczy się o gola, nie można pozbywać się Ishaka. Agnero miał co prawda super okazję, zdobyłby gola, gdyby nie kapitalna interwencja bramkarza, ale ile akcji w międzyczasie zepsuł, ile razy uruchamiał ataki groźnej do ostatniej chwili Gieksy?

Znamienny był obrazek, gdy nastąpiła przerwa w grze z powodu reanimowania kolejnego umierającego z bólu zawodnika z Katowic. Piłkarze Lecha zebrali się, by otrzymać instrukcje od sztabu trenerskiego. Kto do nich sugestywnie przemawiał podnosząc głos, kto ich mobilizował? Nie duński trener, ale jego asystent Sindre Tjalmaland. Frederiksen sprawiał wrażenie przytłoczonego tym, co oglądał. Jeżeli ktokolwiek odkryje, dlaczego Kolejorz potrafi stoczyć porywający pojedynek, by innego dnia poddać się bez walki, to na pewno nie on.

Lecha wciąż się typuje na zwycięzcę ligi, bo ma największą siłę w ofensywie. Rzeczywiście, w ostatnich minutach, gdy Lechowi zależało na wyniku, przeprowadził kilka akcji popisowych z udziałem Gholizadeha, Palmy, Hakansa. Gdyby podobne zaangażowanie pokazał wcześniej, rywalowi byłoby trudno o sukces. Drużyna ma jednak także inne formacje. Bez obrony nie wygra się niczego, a Lechowa defensywa zawaliła ten mecz, zawiniła przy wszystkich golach. Z ogrywaniem Pereiry, przeskakiwaniem go rywale nie mieli problemu. Radzili też sobie z podejmującym dziwne decyzje w ustawieniu Skrzypczakiem. Gurgul był winowajcą ostatniej bramki, to nie pierwszy taki przypadek. Defensywa nie byłaby tak często wystawiana na próbę, gdyby Gieksa nie miała tyle swobody. Łatwo przedzierała się przez środek boiska.

Krótko to wszystko oceniając – niedociągnięcia są. A „dociągnięć” jak na lekarstwo. Czy sztab trenerski zdoła szybko postawić zespół na nogi, trafić do piłkarskich głów? Zamiast prostej drogi po tytuł, Lecha czekają wyboje. Już w sobotę w Szczecinie może stracić pozycję lidera. Po tygodniu na Bułgarskiej Legia Papszuna zrobi wszystko, by nie przegrać. To prawda, że przeciwnicy gubią punkty jak na zawołanie, ale Lech dzielnie im wtóruje, a jest jeszcze mniej przewidywalny.

Udostępnij:

Podobne

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli