W pierwszych dwóch meczach trener Mariusz Rumak wystawił identyczny skład. I nie wynikało to z respektowania odwiecznej zasady, że zwycięskiej drużyny się nie zmienia. Stara się tak gospodarować siłami zawodników zdolnych do gry, by uzyskać jak najlepsze wyniki w rozgrywanych co kilka dni spotkaniach. Rzeczywistość tak się ułożyła, że trener nie ma komfortowej sytuacji, nic nie wyszło z posiadania po dwóch równorzędnych graczy na każdą pozycję. To jakieś fatum, bo nie pierwszy raz w nowy sezon Lech wchodzi nie wzmocniony, lecz osłabiony.
Lech był w ubiegłym sezonie drużyną rzadko rozgrywającą w taki sam sposób obie połowy. Zwykle jedna była gorsza, czasami dużo gorsza. Tak było na przykład w Białymstoku, gdy na początku mecz był wyrównany, ale w drugiej połowie widzieliśmy w wykonaniu gości klasyczną „obronę Częstochowy”. To samo mieliśmy w niedzielę w Chorzowie. Co siedzi w głowach piłkarzy Lecha, którzy najpierw grali swobodnie i pewnie prowadzili, a po przerwie na boisku ich nie było? Skąd ta fatalna powtarzalność? Gdyby trafili na przeciwnika mającego w składzie choćby kilku klasowych piłkarzy, „Kotor” kilka razy wyjmowałby piłkę z bramki.
Z Poznania wyprowadził się Tonew, przyszedł Szymon Pawłowski, który nie przygotowywał się z drużyną, długo leczył kontuzję, trener wpuszcza go na boisko na kilkanaście minut, podczas których pomóc swej drużynie nie ma szans. Są tacy, co mówią, że Szymek nigdy już nie pokaże klasy demonstrowanej w Lubinie, gdzie czuł się pewnie, nie ciążyła na nim żadna presja. Miejmy nadzieję, że tak nie będzie, to przecież zawodnik nietuzinkowy.
Barry Douglas miał być konkurencją dla Henriqueza, ale tak się ułożyło, że trener nie może korzystać z żadnego z nich. Po drugiej stronie boiska bocznego obrońcę udaje Mateusz Możdżeń. Radzi sobie nie najgorzej, ale to sytuacja przymusowa, nie zapewniająca Lechowi większej jakości, zwłaszcza w defensywie. Hubertowi Wołąkiewiczowi nadal zdarzają się proste błędy, jest za to pewniejszy w defensywie niż w atakowaniu. Manuel Arboleda wrócił do składu, ale ma kłopoty ze wszystkim, na dodatek opuściło go szczęście, bo dwa razy do bramki „Kotora” wpadała piłka odbita od Mańka. Tylko „Kamyk” utrzymuje dobry poziom, a w dodatku czyni postępy, nabiera pewności.
Pomoc gra słabiej niż wiosną. Hamalainen nie może odzyskać formy, w jednym meczu zanotował więcej chyba strat niż przez całą rundę wiosenną. Lovrencsics świetnie prezentował się w sparingach, w meczach prawdziwych jest dużo słabszy. Po drugiej stronie Vojo Ubioparip to mistrz powtarzalności – szybko zdobywa bramkę i… znika. Nie widać go, gubi łatwe piłki, podaje do przeciwników. Szymon Drewniak jest jednym z nielicznych piłkarzy grających lepiej niż przed wakacjami. Trałka prezentuje taki sam poziom. Teodorczyk w meczu pucharowym błysnął zaangażowaniem i formą, za to w Chorzowie znów grał jak wiosną. Przez pół godziny Bartek Ślusarski, który go zastąpił pokazał, że trochę potrwa, zanim odzyska formę sprzed kontuzji.
Wszystko to spowodowało, że Lech nie jest jeszcze lepszą drużyną niż wiosną. Musimy wierzyć, że szybko wrócą do gry Rafał Murawski i Karol Linetty i że nie będzie widać po nich przerwy w treningach z piłką. Ciągle wierzymy, że zespół zostanie personalnie wzmocniony jeszcze latem. Gdyby stało się to wcześniej, prezentowałby większą siłę w ofensywie, a trener miałby jakikolwiek wybór. Niestety, komitet transferowy też postawił na powtarzalność.
Nowy regulamin rozgrywek powoduje, że po zakończeniu dwóch rund dorobek punktowy każdej drużyny zostanie podzielony. W Chorzowie straciliśmy więc tylko punkcik. Oby Lech zapomniał o powtarzalności, bo nawet małe punkciki po zsumowaniu dają całkiem dużą liczbę.



