Doprowadzenie najlepszego w kraju zespołu do obecnego stanu to nie byle jaki wyczyn. Na wypadnięcie z gry najlepszych piłkarzy nałożyło się zwlekanie z pozyskiwaniem nowych graczy. Dzieła zniszczenia dopełnił sztab szkoleniowy nie przygotowując piłkarzy do fizycznej formy pozwalającej na starcie rozgrywek rywalizować z przeciętnym ligowym zespołem. Efekt – demolka przy Bułgarskiej. Cracovia w meczu przyjaźni rozjechała Kolejorza 4:1 ujawniając jego słabości, bez skrupułów wykorzystując błędy na poziomie juniorskim.
Już w niedzielnym meczu o Superpuchar Polski przeciwko Legii Lech zaprezentował się jako drużyna nieprzygotowana do rywalizacji. Zawodnicy, dzięki którym udało się zdobyć mistrzostwo, leczą się i leczyć się będą jeszcze długo, trener musiał szukać sposobów na zastąpienie wszystkich swych skrzydłowych. Teraz było jeszcze gorzej, grono niedostępnych zawodników powiększyło się o Afonso Sousę, czołowego gracza całej ligi. Było jasne, że pozbawiony wszystkich kreatywnych piłkarzy Lech znów sobie nie pogra, ale nikt nie spodziewał się blamażu. Eksperyment z ustawieniem na skrzydle Pereiry nie sprawdził się w niedzielę, więc co robi trener? Powtarza ten manewr, ze skutkiem jeszcze gorszym.
Pierwsze akcje nie zwiastowały nieszczęścia. Cracovia wycofała się na własną połowę starając się kontrolować wydarzenia, zagęścić strefy narażone na ataki Lecha, który prowadził grę, lecz czynił to bezproduktywnie. Na domiar złego natychmiast przystąpił do rozdawania prezentów. Nie minęła druga minuta meczu, a fatalnej straty na własnej połowie dopuścił się Gurgul. Gracze Cracovii tylko na to czekali. Ledwo przejęli piłkę, a ta znalazła się w bramce Mrozka po błyskawicznym rozegraniu i mocny strzale.
Wtedy jeszcze można było mieć nadzieję, że Lech stratę odrobi. Ból spowodowany brakiem jakości w składzie okazał się jednak dojmujący. Nie udało się przeprowadzić ani jednej składnej akcji ofensywnej. Mistrzów Polski stać było tylko na bezproduktywne i jednostajne wymienianie piłki w środku pola, wycofywanie jej. „Pasy” kilka razy były bliskie przechwytu, aż udało się to po jeszcze jednym katastrofalnym podaniu Lecha. Sytuacja powtórzyła się – natychmiastowe wyprowadzenie ciosu, który rzucił Lecha na deski.
Piłkarze Kolejorza starali się dużo biegać, być w ruchu, nawet zakładać pressing, czynili to jednak nieumiejętnie i bez pomysłu, bo cały ruch zamierał, gdy trzeba było się zmierzyć ze zmasowaną, szczelną defensywą. Piłka krążyła po obwodzie, aż zdegustowana publiczność, która przyszła w liczbie prawie 30 tysięcy, zaczęła gwizdać. Lechowi chciało się atakować, był jednak bezradny. Prowadził ataki środkiem boiska, co było wodą na młyn dla Cracovii. Lewoskrzydłowy Bengtsson długimi minutami stał samotnie z boisku boiska nie mogąc doczekać się podania. A kiedy już dostał piłkę, próbował dryblować, wymieniać podania z kolegami, nie zagrażając przy tym obronie gości. Po drugiej stronie boiska okropnie męczył się Pereira. Pobił rekord – wykonał mnóstwo podań, z których ani jedno nie było celne. Pod koniec meczu snuł się po boisku ze zmęczenia, nie wracał do obrony. Jest to skutek dobrze przeprowadzonego okresu przygotowawczego, „pracy mocnej jak nigdy wcześniej”.
Mimo tego aktywnemu w tym meczu, ale równie bezproduktywnemu, jak koledzy Jagielle udało się celnie uderzyć z dystansu i piłka zatrzymała się w siatce. Cóż z tego, skoro wcześniej koledzy akcję tę spalili. Jednak Lech złapał kontakt, gdy obrońca Cracovii odbił piłkę ręką w polu karnym. Sędzia Sylwestrzak tego nie zauważył, interweniował jednak VAR i Ishak wykorzystał rzut karny. Z powodu zadymienia stadionu pierwsza polowa trwała prawie kwadrans dłużej, więc była nadzieja na wyrównanie jeszcze przed przerwą, jednak Lech atakował schematycznie, nieudolnie i niczego nie wskórał. Dobrze, że chociaż nie popełniał kolejnych brzemiennych w skutki błędów.
Ledwo zaczęła się druga połowa, a Cracovia podwyższyła wynik, przy udziale rezerwowego Skrzypczaka, który próbował interweniować, ale został współautorem gola dla gości. To nie koniec nieszczęść. Cracovia zdobyła kolejną bramkę, mistrzowsko wykorzystując stratę na własnej połowie Thordarsona. Jeszcze jeden przechwyt, jeszcze jeden błyskawiczny atak. Mogły paść dla gości kolejne bramki, natomiast ataki Lecha były nieporadne, mnożyły się podania zbyt długie lub zbyt krótkie, a publiczność widząc grę w stylu „ja do ciebie ty do mnie” zaczęła opuszczać stadion.
Dwa pierwsze mecze Lecha obejrzało 70 tysięcy osób. To się nie powtórzy, nikt się już nie nabierze. Piłkarze mocno pracowali, by móc grać co trzy dni, ale nie wiadomo, czy będzie to konieczne. Drużyna jest tak słaba, pozbawiona świeżości, kreatywności, najlepszych graczy, że Islandczycy mogą we wtorek powtórzyć to, co zrobiła mądrze grająca Cracovia. Taki Lech nie wygra z nikim. Przed meczem klub zaprezentował nowe swe nabytki – Rodrigueza i Oumę. Do drużyny ma dołączyć jeszcze skrzydłowy Palma. Nie wiemy, czy te transfery sprawdzą się. Wiemy tylko, że są mocno spóźnione. Po zdobyciu poprzednich mistrzostw Lech zawsze zaczynał sezon osłabiony, bez szans na obronę tytułu. Teraz miało być inaczej. Jest jednak gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.



