Był miesiąc miodowy, jest smuta. Takie zjawiska tylko w Lechu

Miało być pięknie. Po zdobyciu mistrzostwa uradowani kibice Lecha Poznań wierzyli, że to, co złe, pozostanie wspomnieniem, zaczyna się nowa era. Tytuł został odzyskany tym razem wyjątkowo szybko, bo już po trzech latach. Władze klubu zapowiedziały pójście za ciosem, wydanie milionów euro na wzmocnienia, dzięki temu walkę o Ligę Mistrzów i obronę tytułu. Nadzieje prysły, gdy ruszył nowy sezon. Po mocnej, mistrzowskiej drużynie pozostały wspomnienia. Nowy Kolejorz jest cieniem siebie.

Dał się na własnym stadionie pokonać Legii w meczu o Superpuchar Polski, a po tygodniu wszystkie jego braki i słabości wykorzystała Cracovia pewnie wygrywając przy Bułgarskiej 4:1. Wyniki te są w pełni zasłużone. To nie sztuka pokonać drużynę pozbawioną jakościowych piłkarzy, źle prezentującą się fizycznie, grającą wolno i schematycznie, bez pomysłu. Nie ma jednego winowajcy. Zespół wyglądałby dużo lepiej z Gholizadehem, Walemarkiem, Hakansem i Sousą w składzie, czyli z ludźmi, których umiejętności pozwoliły wywalczyć mistrzostwo. Skrzydłowych nie zobaczymy już w tym roku. Ali kończy rehabilitację i podobno zacznie się niebawem pokazywać na boisku. Sousa w każdej chwili może odejść z Lecha, póki co okres przygotowawczy i pierwszy mecz w sezonie tak bardzo dały się mu we znaki, że kolejnego rozegrać nie był już w stanie.

Sytuacja zdrowotna najważniejszych piłkarzy nie była tajemnicą dla osób dowodzących klubem. Jednak transfery piłkarzy ofensywnych przyspieszyły dopiero teraz, gdy trener musi uciekać się do awaryjnego wystawiania zawodników na nietypowe pozycje. Nowi, obiecująco zapowiadający się zawodnicy nie ubiorą koszulek meczowych natychmiast, nie od razu ujawnią walory, choć na ich korzyść może zadziałać uniknięcie okresu przygotowawczego w Lechu. Nie mamy pojęcia, czy spełnią oczekiwania, jak się wpiszą w zespół. Nawet gdy wszyscy dołączą do drużyny, raczej nie będzie ona silniejsza niż ta z ubiegłego sezonu. Klub zapowiadający obronę tytułu i zawojowanie Europy wciąż dysonuje jednym solidnym napastnikiem i podobno w najbliższych tygodniach to się nie zmieni. Niewiarygodne? W Lechu możliwe jest wszystko. Jakość drużyny to nie jedyna wartość brana po uwagę podczas podejmowanie decyzji.

Na osłabienia personalne nakłada się słabość piłkarzy. Gdyby czuli się pewniej, prawdopodobnie uniknęliby kompromitujących, skrzętnie przez Cracovię wykorzystanych błędów technicznych. Starali się grać aktywnie, dużo biegać, czynili to niestety jednostajnie i nie mieli pomysłu na ofensywę. Nie podejmowali walki z przeciwnikami stosującymi pressing daleko od własnej bramki, zamykającymi dostęp do niej. W barwach Lecha nie było ani jednego zawodnika kreatywnego. Stąd brało się ślamazarne rozgrywanie piłki w środku pola. Taka drużyna skazana jest na przegrywanie meczu za meczem. Trenerowi możemy tylko współczuć.

Powtarza się zatem sytuacja sprzed trzech lat, gdy Lech już na starcie rozgrywek stracił tak dużo punktów, że nie było szans na odrobienie dystansu do czołówki. Całe szczęście, że tym razem na drodze Lecha w eliminacjach do Ligi Mistrzów nie stanął mocny Karabach, ale ekipa z Islandii. Lech nie może się jednak czuć zwycięzcą dwumeczu. Rywal ma dużo atutów, potrafi grać szybko, aktywnie i wie, jak Cracovia potrafiła wykorzystać słabości przeciwnika. Przy obecnej formie fizycznej i brakach kadrowych Kolejorz nie pokona nikogo, być może nawet klubowy zespół rezerw dałby mu radę.

W ten sposób euforia po odniesieniu sukcesu błyskawicznie przeszła w rozczarowanie. Po dobrej drużynie zostały wspomnienia. Wszyscy już wiemy, jak niepewna jest najbliższa przyszłość i co nam grozi we wtorek, gdy na boisko wybiegnie zespół tylko teoretycznie mocniejszy niż przeciwnik z dalekiej Islandii.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny