Przeżył Pan huśtawkę nastrojów. Najpierw był sukces, czyli pierwsze w historii klubu wicemistrzostwo Polski. Pojawiły się nadzieje na dalsze dobre wyniki, na fajne transfery, grę w Europie. Zetknięcie z rzeczywistością okazało się niewesołe. Jak Pan to odbiera?
– Ze spokojem, staram się wyciągać wnioski z każdej sytuacji. Po każdej przegranej staję się bardziej doświadczonym szkoleniowcem.
Nie zawsze bywał Pan spokojny…
– Nie mówię, że zachowywałem się spokojnie. Doba ma 24 godziny, w tak długim czasie mogą występować różne reakcje. Staram się zachowywać w sposób wyważony, choć po drodze natknąłem się na kilka zapalników. To mnie wiele nauczyło.
Po meczu w Wilnie na przykład. Już sam mecz był katastrofalny, a potem jeszcze nastąpiła Pańska nerwowa reakcja.
– To był splot wielu wydarzeń, które nastąpiły w krótkim czasie.
Wydarzeń piłkarskich, czy mówimy o innych?
– Piłkarskich, bo wszystko ma związek z piłką. Także to, że zakładamy powrót zawodników po wyleczeniu kontuzji, a to nie następuje. Jestem zmuszony postawić na piłkarzy, na których bym, z powodów zdrowotnych, w innej sytuacji nie postawił. Myślę o Kebbie. Gramy słabe spotkanie, do tego daję się podejść dziennikarzom.
Inna charakterystyczna scena po tym meczu – podszedł Pan do trybuny z naszymi kibicami. Długo coś Panu tłumaczyli.
– Nie tłumaczyli. Wypowiadali różne swoje słowa.
A Pan bardzo cierpliwie słuchał.
– Słuchałem.
Czy ta scena czegoś Pana nauczyła, jeśli chodzi o postrzeganie kibiców?
– Utwierdziła mnie tylko w tym, o czym już wcześniej wiedziałem.
W czym?
– W tym, że kibice bardzo emocjonalnie podchodzą do tego, co się dzieje. Także w tym, że emocje na boisku piłkarskim są zupełnie inne niż te, które czujemy cztery metry za naszymi plecami. My po meczu reagujemy w kontekście kolejnego meczu i pracy, która nas czeka, Kibice żyją tym, co się właśnie wydarzyło. Ja oceny dokonuję następnego dnia, na spokojnie, bez emocji. Ocena meczu w Wilnie była jednoznaczna, graliśmy słabo. Tu się zgadzaliśmy. Dodatkowo moja ocena była taka, że za tydzień musimy zrobić wszystko, żeby było lepiej.
Pamiętamy, jak było.
– Wygraliśmy, ale to było za mało.
Faktycznie. W czym Pan upatruje przyczyny taka fatalnej gry drużyny w tych właśnie tygodniach? W lawinie kontuzji, słabej formie zdrowych zawodników? Skąd się brała tak wielka liczba fatalnych zagrań, strat, niecelnych podań?
– Z kłopotów w okresie przygotowawczym.
Przecież fatalnie grali zawodnicy, których Pan miał do dyspozycji przez cały czas.
– Tak, ale oni trenowali w liczbie dwunastu. Tylu było zdrowych. Nikt jeszcze nie znalazł sposobu na to, by grając co trzy dni bez stosowania takich rotacji, na jakie stać zespoły występujące w pucharach, dobrze prezentować się w dłuższym okresie czasu.
Zawodnicy byli przemęczeni?
– Nie fizycznie, bo pod tym względem jesteśmy gotowi na jeszcze większy wysiłek, choć na pewno brakowało świeżości, co przekłada się na dynamikę. Myślę raczej o zmęczeniu psychicznym, o tej całej otoczce, o wszystkim, co się dzieje. Los nas tak fajnie potraktował, że tym razem nie wyjeżdżaliśmy daleko, ale dwa mecze rozgrywaliśmy na sztucznej nawierzchni. Proces adaptacji do takiego boiska i grania na nim wygląda inaczej niż u zawodnika, który w takich warunkach gra na co dzień, ale zdarza mu się rywalizować na trawie naturalnej. Nie pamiętam, kiedy ostatnio graliśmy na sztucznej trawie. To oczywiście nie wpływało na wynik tego spotkania, proszę tego nie traktować jako wymówki. Warunki były jednak takie, że w miarę gry w takich nietypowych warunkach pojawiało się coraz więcej niedokładności. Do tego dochodzi presja ciążąca na zawodnikach. Traciliśmy kuriozalne bramki po błędach indywidualnych popełnianych w końcówkach spotkań. To wszystko miało wpływ na postawę poszczególnych zawodników, a przecież dla większości z nich to był pierwszy raz, gdy musieli w swojej karierze wytrzymać rytm trzydniowy.
Gdyby Pan dziś przygotowywał drużynę do tych spotkań – obrałby Pan taką samą taktykę? Może nauczony doświadczeniem zaleciłby Pan inny, szybszy sposób gry, bez długiego rozgrywania piłki od tyłu?
– Gdybym miał późniejsze doświadczenie, to rzeczywiście zapadałyby inne decyzje. Jednak nie przed meczem z Żalgirisem, ale w czerwcu, gdy kończyła się liga. Mówię o tych wszystkich zabiegach, które przechodzili piłkarze. Do niektórych byliśmy zmuszeni. Ślusarski musiał być operowany, Ceesay też, ale Murawski już niekoniecznie. Grał z kontuzją od pół roku. Miał się wyleczyć w ciągu czterech-sześciu tygodni. Mamy prawie połowę września, a on ciągle nie trenuje z zespołem. Strategia byłaby więc w czerwcu inna. To jest dla nas kolejne doświadczenie.
Czy próbował Pan sobie jakoś wytłumaczyć tak wielką liczbę dolegliwości u piłkarzy? To jest niespotykane. Dochodzą nowe urazy, nie wiadomo, co z wracającym z kontuzją ze zgrupowania reprezentacji „Kamykiem”.
– Wiadomo. We Wrocławiu nie zagra, jest wyłączony z treningów na długo.
A Hubert Wołąkiewicz?
– Też ma problemy. Trzeba więc patrzeć na Lecha przez pryzmat tego, że od początku okresu przygotowawczego pracujemy w bardzo trudnych warunkach. To już dwa i pół miesiąca. W treningu bierze średnio udział 12-14 osób. Mieliśmy dojść do siebie w okresie przerwy na reprezentację. Zostało nam jednak ośmiu piłkarzy, bo pięciu w tym czasie złapało kontuzje. Dwóch wróciło z reprezentacji z poważnymi urazami, myślę o Kamińskim i Kownackim. Mateusz Możdżeń wpadł w nierówność na boisku w Kleczewie i podkręcił staw skokowy. Teodorczyk doznał urazu jeszcze podczas meczu z Zawiszą. U Szymka Pawłowskiego na szczęście wystąpiło tylko drobne naciągnięcie mięśnia. Wszystko to okresie ośmiu-dziewięciu dni.
A przed nami trudny mecz ze Śląskiem.
– W takich warunkach Lech przygotowuje się do tego meczu. W Śląsku trenuje ponad dwudziestu piłkarzy, żaden nie gra w reprezentacji. Będziemy jednak postrzegani przez pryzmat gry na stadionie we Wrocławiu, bo Lech ma walczyć o mistrzostwo, każdy inny wynik niż jego zwycięstwo będzie odbierany negatywnie.
Nie zastanawia Pana, z czego to się bierze, że Śląsk ma samych zdrowych zawodników, a w Lechu systematycznie ich ubywa?
– Oczywiście, że tak, ale zdajemy sobie sprawę, że na urazy mechaniczne nie mamy żadnego wpływu. Marcin Kamiński zerwał więzadła w stawie skokowym nie u nas, ale na zgrupowaniu reprezentacji.
A może sposób trenowania ma wpływ na to, że nasi zawodnicy są bardziej podatni na mechaniczne urazy?
– Nie. To jest tak, jak z samochodami. Czy sposób wyprodukowania i używania Ferrari ma wpływ na to, jak się zachowa po zderzeniu z pociągiem? Nie, po prostu się rozsypie, bez względu na wszystko. Większość urazów naszych piłkarzy powstawała właśnie w taki sposób. Ceesay – w wyniku starcia na Legii z Koseckim. Ślusarski – też na Legii, po starciu z obrońcą. Jasmin Burić złamał palec.
Ale po jego wyleczeniu przyplątał się inny, tajemniczy uraz.
– Tak. Gdybym teraz wymieniał tych wszystkich chłopaków, to doszlibyśmy do wniosku, że większość urazów to tak zwane kolizyjne. Każdy się może tego nabawić, nawet schodząc ze schodów.
Ale w Lechu mamy do czynienia z prawdziwym kataklizmem!
–To są trudne chwile. Ale i trudna szkoła dla nas wszystkich, zaczynając ode mnie. Jeśli tej próby wszyscy nie przejdziemy, to nie będziemy mocniejsi. A musimy być bardzo mocni. Mówię o kibicach, o wszystkich ludziach z klubu. Można mieć pretensje, że Hamalainen nie jest w formie, że Lovrencsics gra słabo. Otóż dzieje się tak dlatego, że grali i przez cały czas grają co trzy dni, na różnych nawierzchniach, bez możliwości rotacji, bo na ławce mam dwóch zdrowych piłkarzy. To jest normalne, że nie mogą być w formie. Przynajmniej jeden z nich powinien dostać choćby tydzień odpoczynku, ale jak nadarza się okazja, to wyjeżdżają na reprezentacje. Mogą grać lepiej. Przechodzimy więc bardzo mocną dla nas wszystkich próbę. Można na Lecha patrzeć przez pryzmat słabej gry i mówić, że wszystko zostało zniweczone, więc trzeba podejmować męskie decyzje. Można też wytrzymać i próbować robić swoje mając na treningu ośmiu piłkarzy, jak my dziś. Na mecz ze Śląskiem będziemy mieć 12-14 piłkarzy zdrowych, gdy przeciwnik w tym czasie zrobił sobie mini okres przygotowawczy tylko do meczu z nami. Ale musimy pojechać i zrobić wszystko, by tam wygrać, bo sport jest taki, że można dokonać wszystkiego.
W takich warunkach?
– Nie jesteśmy słabszym zespołem, bo ta dwunastka-czternastka, która nam została, potrafi to osiągnąć, i to w dobrym stylu. Trzeba robić kroki do przodu.
Nie wiadomo, w jakim stanie piłkarze wrócą z reprezentacji.
– Nie otrzymuję informacji, by było z tym źle. Kiedy się zjawią, porozmawiam z nimi i wszystko będę wiedział.
Od kilku lat w Lechu się mówi, że nie ma wyników, gdy nie ma Rafała Murawskiego. Teraz ta sytuacja się powtarza. „Muraś” jest aż tak ważnym elementem tego zespołu?
– Jest to bardzo dobry piłkarz, bardzo ważny, kapitan zespołu, doświadczony, daje nam wiele jakości. Jest jednak tak samo ważny, jak każdy inny.
Starał się go Pan zastępować Kasperem. Myślał Pan, by na dłużej zostawić Fina na tej pozycji, czy po powrocie Rafała wróci on na „dziesiątkę”?
– Kasper więcej nam może dać z przodu. Ale chcieliśmy zagrać bardziej ofensywnie, inaczej rozłożyć akcenty, więc zagrał z tyłu. Nie zapominajmy, że jest jeszcze Dima Injac, Szymon Drewniak, jest też Karol, który też może grać na tej pozycji. Wszyscy oni muszą rywalizować, więc to nie jest tak jednoznaczne, że jednemu miejsce się należy, a drugiemu nie. To są bardzo dobrzy piłkarze, ale każdy z nich musi być w formie. Dziś mamy sytuację nietypową. Jeśli piłkarz jest zdrowy, to rzucamy go do gry niezależnie od tego, w jakiej jest dyspozycji.
Nagle odżył Vojo. Zwiększył umiejętności, czy potrafił wyzwolić to, co w nim drzemało i co podobno pokazywał tylko na treningach?
– Zawsze dobrze się pokazywał na treningach. To chyba kwestia pewności siebie, strzelenia jednej i drugiej bramki.
Nadal będzie Pan wystawiał Mateusza Możdżenia na prawej obronie? Może on jest po prostu ofiarą sytuacji w Lechu, wybierania zawodników zdrowych, a nie tych w formie?
– Ofiary są na wojnie. Przypadki z nietypowym wystawianiem piłkarzy często sprawiają, że ktoś rozpoczyna wielką karierę – bo nagle jest dla niego miejsce, może iść do przodu. Nie chcę więc traktować Mateusza jako ofiary. Bardzo przyczynił się do tego, że ten zespół funkcjonował bez Tomka Kędziory i Kebby Ceesaya. W poprzednim sezonie w europejskich pucharach też grał jako boczny obrońca. Vojo jest skrajnym pomocnikiem? Nie, jest środkowym napastnikiem. Zespół potrzebuje różnych rozwiązań w danym momencie.
Nie oszukujmy się, Mateusz Możdżeń wielkiej kariery na prawej obronie nie zrobi.
– Kogo miałem na tę pozycję wstawić? Mateusz dał zespołowi w pewnym momencie stabilność.
Kiedyś Pan zapowiadał szybką grę skrzydłami. Skrzydłowych Pan jednak nie ma. Zastępują ich zawodnicy schodzący do środka. Rolę skrzydłowych mają pełnić ofensywnie grający boczni obrońcy. Może Pan już liczyć na Douglasa, na Tomka Kędziorę po drugiej stronie?
– Każdy z moich czterech bocznych obrońców może pełnić taką funkcję. Dziś jednak Ceesay ma kontuzję, Henriquez nie przepracował okresu przygotowawczego, a ostatnio poleciał na mecz reprezentacji. Barry Douglas jest już zdrowy, ale bez formy, bo musi dopiero nad nią popracować. Jeśli przetrwamy wszyscy te momenty, Lech będzie grał dobrze. Za chwilę gramy ze Śląskiem, potem mamy mecze co kilka dni, a musimy punktować. Nie oczekujmy, że Lech będzie teraz grał wielki futbol. Trzeba gromadzić punkty i robić kroki do przodu, rozwijać zespół. Będziemy mocniejsi, oby tylko nie łapać nowych kontuzji, jak ostatnio.
Tegoroczne transfery Pana satysfakcjonują?
– Mogło być lepiej, ale i mogło być gorzej. Nie chcę tego komentować.
Jak Pan patrzy na wydarzenia związane z kibicami – na aferę z transparentem, o którym do znudzenia mówi się i pisze w mediach, na zapowiedź rozwiązania Wiary Lecha?
– Staram się w tej sprawie zajmować neutralne stanowisko. Nie czytam na ten temat. To jest poza mną.
W jaki sposób – z Pańskiej perspektywy – może na klub wpłynąć brak Wiary Lecha?
– To pytanie nie do mnie. Ani przez moment nie współpracowałem formalnie z Wiarą Lecha. Brałem udział w wydarzeniach, które organizowała, bardzo zresztą fajnych, przeznaczonych dla dzieci, takich jak Niebiesko-biały Mikołaj. Jeżeli ciągle będzie tyle samo ludzi na stadionie, jeżeli nadal będą kibicowali zespołowi, to nie wpłynie to w żaden sposób na pierwszy zespół, a tylko on mnie interesuje. Jednak to pytanie trzeba zadać osobom z klubu współpracującym z Wiarą Lecha.
Z perspektywy ławki rezerwowych – jest różnica między głośnym, aktywnym kibicowaniem a siedzeniem na trybunach cicho?
– Zdecydowanie. Zespół dużo zyskuje, kiedy kibice są z zespołem, wspierają go.
Wiemy, że Lech zawsze gra o mistrzostwo, ale jakie miejsce na koniec sezonu by Pana satysfakcjonowało w sytuacji, gdy zaczął się on tak nieszczęśliwie? Czy nadal są szanse na tytuł?
– Zawsze są szanse. Zadecyduje ostatnia część sezonu. Usatysfakcjonuje nas każde miejsce, które da nam udział w europejskich pucharach, ale zrobimy wszystko, by zdobyć mistrzostwo. Prawdę mówiąc, ja i mój sztab nie myślimy o wynikach. Zespół ma lepiej grać, wyniki będą pochodną. Kiedy będziemy myśleć o wynikach, nie będziemy rozwijać zespołu. Przygotowując plan pracy wiem, co będziemy robili w tym tygodniu, za dwa tygodnie, za miesiąc, za pół roku. Czy będzie nam to dane, to już nie od nas zależy, ale pracujemy tak, jakbyśmy mieli być tu bardzo długo. Wiemy, jakie nowe elementy taktyczne będziemy wprowadzali. Jednak potem okazuje się, że jest nas ośmiu, dziesięciu, piętnastu i nie możemy tego robić w takim wymiarze, jak byśmy chcieli. Zespół musi grać coraz lepiej, coraz szybciej, atakować skrzydłami. Tyle tylko, że tego nie zrobimy, bo skrzydeł nie mamy.
Kłopoty z wykorzystywaniem stałych fragmentów gry to także efekt kłopotów kadrowych?
– To rzeczywiście jedna z naszych bolączek, ale nad tym pracujemy. Ładną bramkę po rzucie rożnym zdobył Tomek Kędziora w meczu z Honką.
Tomek to chyba nasz jedyny piłkarz z timingiem pozwalającym we właściwym momencie wyskoczyć i uderzyć piłkę głową.
– W tamtym sezonie mieliśmy problem z tym, żeby celnie dośrodkować, posłać piłką we właściwe miejsce, ale Marcin Kamiński strzelił po stałych fragmentach kilka bramek, czyniliśmy postępy. Musimy pracę nad tym kontynuować.
Nie martwi się Pan, że do klubu nie przyszedł piłkarz specjalizujący się w wykonywaniu rzutów rożnych, wolnych?
– Takim zawodnikiem jest Pawłowski. Takim też jest, a właściwie będzie Douglas. W ostatnim sparingu Bartek Ślusarski strzelił bramkę po jego dobrym dośrodkowaniu.
Dlaczego Pawłowski jest wystawiany na pozycji „dziesiątki”? To jest bardziej skrzydłowy niż środkowy pomocnik.
– Z tej racji, że Kasper musiał grać niżej, trzeba go było zastąpić. Z tych samych powodów Możdżeń musiał grać na prawej obronie, trzeba było lepić obronę tym, co się ma. Przyznaję, że z Szymka większa korzyść jest na boku pomocy, choć potrafi też dobrze grać jako „dziesiątka”.
Mówi się, że młodzież najlepiej szkolą w Lechu i w Legii. W Lechu rzeczywiście wychowywani są dobrzy zawodnicy, mają ciekawe debiuty, ale potem zatrzymują się w rozwoju. Wystarczy wspomnieć o Możdżeniu, o Drewniaku. Jaka jest tego przyczyna?
– Mówimy o zjawisku ogólnym, czy w porównaniu do Legii? Skoro już o niej dyskutujemy, to jacy zawodnicy idą tam do przodu?
W ostatnim czasie choćby Mikita. Otrzymał szansę gry w pierwszym zespole i ją wykorzystał.
– Jego debiut porównałbym z debiutem Karola. Poczekajmy z oceną. Każdy z tych piłkarzy ma swoją drogę. Postrzegamy to przez pryzmat Możdżenia i Drewniaka, a ja widzę też takich piłkarzy, jak Marcin Kamiński, który był na Mistrzostwach Europy. Trudno tu o porównaniu. Weźmy tych najstarszych z młodych piłkarzy. Możdżenia, młodszych o rok Kamińskiego, Bereszyńskiego, który już odszedł.
Poszedł właśnie do Legii.
– Tak wybrał, ale nikt nie zaneguje, że wyszkolił się właśnie u nas. Być może tam się rozwinął i trafił do reprezentacji, trzeba to oddać. Mówimy o Furmanie, o Wolskim, czyli o starszych piłkarzach. Dajmy szanse tym od nich młodszym. Rocznik 1992 to Marcin Kamiński, Żyro, Furman i Wolski, który już wyjechał. Mikita to rocznik 1993, tak jak Drewniak. Niech zagra tyle, co on. A u nas Karol to rocznik 1995. Trzy lata młodszy od Żyro, czy Wolskiego. Chcemy, żeby u nas młodsi grali tak, jak tamci starsi, ale w tym wieku forma zawodników to jest sinusoida. Dziś jest wyżej, jutro niżej. Problemem rzeczywiście jest to, że Mateusz w wieku 22 lat nie ustabilizował formy, choć pamiętam jego wiele dobrych spotkań.
No i ładną bramkę strzelił w meczu z Manchesterem…
– No właśnie, wszyscy oceniają go przez tę bramkę. To tak, jak Kamil Drygas, który rozegrał dobry mecz ze Spartą Praga. Ale chciałoby się zapytać – jaki jeszcze? Dobrze byłoby doprowadzić tych młodych zawodników do takiego poziomu, jak Marcin Kamiński, o którym wiemy, że kiedy jest na boisku, to nie zejdzie poniżej określonego poziomu.
Kiedy już mówimy o Drygasie i Drewniaku – który z nich będzie w przyszłości lepszym piłkarzem?
– Nie odpowiem na to pytanie. Nie jestem Harrym Porterem, żeby dotknąć ich różdżką i powiedzieć, co ich czeka. Nie ma ludzi wszechwiedzących. Każdy z nich ma zupełnie inne predyspozycje do gry. Kamil nie jest przystosowany do gry kombinacyjnej. Podać, dobrze wyprowadzić piłkę – w tym jest dobry. Szymek jest niższy, bardziej zwrotny, lepiej posługuje się piłką na małej przestrzeni. No i jest dwa lata młodszy. Kamil jest już w tym wieku, że musi zrobić kolejny krok.
Czy klub nie zrezygnował z niego zbyt szybko?
– Nie, bo u nas miałby mało okazji do gry.
Tym bardziej, że doszedł Dima Injac.
– Moglibyśmy trzymać Kamila dłużej, ale byłby w naszej grupie treningowej, rozgrywał mecze w III lidze. Lepiej było podjąć taką decyzję, jaka zapadła.
Czy wobec Dimy klub ma oczekiwania takie, jak wobec Ivana Djurdjevicia?
– Będzie u nas pełnił podobną rolę, jak Ivan. Może grać na stoperze, na prawej obronie, w środku boiska. Jest uniwersalny, z fajnym przekazem w szatni, ma też duże doświadczenie.
Na koniec trochę luźniejszy temat. Czy prowadzenie fanpage’a na Facebooku to był Pański pomysł?
– Po części. Szukałem dodatkowego kanału komunikacyjnego, który byłby szybki i reagował na to, co się często pojawia i jest nieprawdą.
Jak to się odbywa? Wraca Pan do domu, odpala laptopa i pisze?
– Nie, jest osoba, która to prowadzi. Przez nią wszystko się odbywa.
Ale treści pochodzą od Pana?
– Zdecydowanie. Przecież sygnuję to własnym nazwiskiem.
Czytuje Pan komentarze do tych wpisów?
– Staram się, ale nie mam na to zbyt wiele czasu. Zasada jest taka, że wulgaryzmy od razu się usuwa.
Zakłada Pan z góry, że jeżeli jest wpis, to muszą być wulgaryzmy?
– Nie zakładam. Ja je widziałem. To czytają także dzieci, więc wulgaryzmy się wyrzuca. Nie usuwa się natomiast krytyki.
Rozmawiali Józef Djaczenko i Adam Mieloch




