Oglądając kiepskie mecze Lecha z pewnością zadajesz sobie pytanie – co się stało z tą drużyną? Jaka jest Twoja diagnoza?
– Moja diagnoza nie spodoba się trenerowi Mariuszowi Rumakowi, ale z pewnością coś było nie tak z letnimi przygotowaniami do sezonu. Nie chcę być złośliwy, ale trochę muszę. Jedynym piłkarzem Kolejorza będącym od początku sezonu w formie jest Vojo Ubiparip, który miał z klubu odejść, bo nie mieścił się w składzie. To dowodzi popełnienia błędów w przygotowaniu zawodników. Mogę tylko podejrzewać, że trener Mariusz Rumak domniemywał, iż przez pierwsze rundy walki o Ligę Europy i przez pierwsze kolejki ligowe uda się zwycięsko przebrnąć jak najmniejszym wysiłkiem. Nie zapominajmy, że wielu piłkarzy długo się rehabilitowało, ale w niektórych przypadkach, choćby Rafała Murawskiego trwa to zatrważająco długo.
Znów sięgam do historii: czy przypominasz sobie tak wielką liczbę jednocześnie kontuzjowanych zawodników?
– Zdarzały się trudne momenty, ale rzeczywiście tak dużej liczby wyłączonych z gry piłkarzy chyba nie było nigdy. Pamiętajmy, że te dolegliwości to w części urazy zadawnione, nie wyleczone wcześniej. W sztabie Lecha pracuje tak wielu dobrych fachowców, że nie wierzę, by zostały popełnione błędy medyczne. Trzeba jednak przyznać, że ta sytuacja jest dziwna. I przykra.
Potwierdzeniem popełnionych błędów w przygotowaniach jest fakt, że w pierwszych sparingach doskonale spisywali się piłkarze, których dziś prawie nie ma. Choćby Gergo Lovrencsics.
– Jestem zwolennikiem teorii psychologicznych. Ta dziedzina ma duże znaczenie w zawodowym sporcie. Moim zdaniem zawodnicy Lecha są teraz zwyczajnie przygaszeni. To dotyczy nie tylko Gergo. Jest to konsekwencja odpadnięcia z Ligi Europy. Gdyby drużyna znalazła się w fazie grupowej, zachowania zawodników byłyby zupełnie inne. Abstrahując od przygotowania fizycznego, szybkościowego, najważniejsza zawsze jest głowa. U piłkarzy Lecha te głowy są ostatnio przymulone.
Co musi się stać, by Lech się odbudował, także psychicznie?
– Trener musi drużynie zaproponować większą odwagę. Piłkarze Lecha są predestynowani do gry ofensywnej, a nie do kombinowania z jakąś dziwną tiki-taką, z nudnym i długim rozgrywaniem od tyłu. Nie jestem pamiętliwy, ale staram się zapamiętać wypowiadane słowa. Z ust trenera padło kiedyś stwierdzenie, że Mateusz Możdżeń może zostać jednym z czołowych bocznych obrońców w Europie. Nie zgadzałem się z tym. I nadal się nie zgadzam. Wystawianie Mateusza na obronie jest robieniem mu krzywdy. On nie ma inklinacji do takiej gry. To nie jest piłkarz, który nie dałby sobie rady w jakimkolwiek ekstraklasowym zespole, ale jego zniechęcenie sprawia, że nie jest należycie wykorzystywany. Za swoją uniwersalność płaci wysoką cenę. Nie chciałbym, żeby z tego powodu kariera Mateusza się zatrzymała. On ma duży potencjał, zmysł do gry kombinacyjnej. Nigdy nie będzie wybieganym bocznym obrońcą. Szarże z boku boiska to nie dla niego.
Do Lecha przyszło kilku nowych zawodników. Czy zespół personalnie będzie silniejszy niż ten z poprzedniego sezonu?
– Na temat tegorocznych transferów krążą różne opinie, a ciągle będzie powracać temat piłkarzy kontuzjowanych. Co z tego, że Lech pozyskuje piłkarzy, skoro nie może z nich korzystać. Szymon Pawłowski długo wchodził w sezon. Barry Douglas nie wszedł do tej pory. Daylon Claasen dołączył dopiero po odpadnięciu z Ligi Europy. Patrząc na same nazwiska, nie można czuć niedosytu. Szkoda tylko, że pozyskani piłkarze nie mogli Lecha wzmocnić.
Claasen przydałby się w pierwszych meczach sezonu.
– Zgoda, ale jak przypuszczam, rozpatrywane były różne warianty wzmocnień stosownie do tego, czy uda się awansować do fazy grupowej Ligi Europy. Przypomnę swoje słowa – trener zbyt optymistycznie podszedł do siły zespołu, chciał wziąć początek sezonu „z marszu”.
Rozmawiał Józef Djaczenko



