Lech wreszcie zwycięski. Piłkarze Radomiaka bezradni w Poznaniu

Trudno było kibicom Lecha o optymizm przed tym spotkaniem. Od sierpnia pozostawał bez zwycięstwa na własnym stadionie, przed przerwą reprezentacyjną grał źle i bez charakteru, a miał się zmierzyć z będącym na fali Radomiakiem, grającym i wygrywającym pewnie po przyjściu do tego klubu trenera Gonçalo Feio, który został kilka razy upokorzony przez Lecha i zapowiadał rewanż. Znów jednak wyjeżdża z Poznania w wisielczym humorze, Lech rozbił jego zespół aż 4:1, najwyżej w historii.

To był mecz przełamań. Gola zdobył krytykowany Agnero (choć poprzedził to jeszcze jednym kompromitującym zagraniem), do siatki trafił w lidze Rodriguez. Zanim do tego doszło, Hiszpan grał fatalnie, w pierwszej połowie nie było od niego słabszego, częściej tracącego piłkę zawodnika. Całemu zresztą Lechowi w tej fazie nie szło, miał problemy z konstruowaniem akcji, zaskakująco łatwo pozwalał sobie odbierać piłkę. Natomiast goście z Radomia pokazywali się jako zespół klasowy, z indywidualnościami w składzie, szybkimi skrzydłowymi, graczami świetnie wyszkolonymi, siejącymi popłoch w defensywie gospodarzy. Oddawali więcej strzałów, Mrozek bywał w opałach.

Nie było to jednak widowisko porywające. Gra nie toczyła się na dużej szybkości, zrywy następowały rzadko. Zapowiadało się na wynik do przerwy bezbramkowy, jednak Lechowi dopisało szczęście. Do kogo się uśmiechnie, nie potrzebuje dużej jakości, by osiągnąć cel. Tym razem szczęściarzem został Lech – obrońca Radomiak, stojący tyłem do bramki, został trafiony w rękę. Po zakończeniu akcji sprawą zajął się VAR, a po obejrzeniu powtórki Piotr Lasyk podyktował rzuty karny. Ishak strzelił prawie w środek bramki myląc bramkarza i Lech wyszedł na prowadzenie. Niewiele brakowało, by goście stratę odrobili, musieli jednak odłożyć to na drugą połowę.

Jednak mimo iż Radomiak bardzo się początkowo starał, nie on w drugiej połowie rozdawał karty, lecz Lech potrafiący wykorzystać wolne przestrzenie pozostawione przez ofensywnie nastawionego rywala. Już po kilku minutach fantastycznym podaniem z pierwszej piłki Jagiełło napędził Ishaka, który po szybkim biegu miał dobrą pozycję do oddania strzału, wycofał jednak do Rodrigueza, a ten przyjął piłkę, rozejrzał się i skierował ją tam, gdzie chciał. To nie był koniec strzelania. Ten mecz przebiegał w ten sposób, że Lech popełniał liczne błędy przy wyprowadzaniu piłki napędzające ataki gości. Z czasem doszło do tego, że Radmiak coraz mocniej naciskał, a Lech coraz częściej po przechwytach wyprowadzał szybkie kontrataki. Jeden z nich był filmowy. Uczestniczyli w nim Pereira, grający pierwszy mecz po długiej przerwie Gholizadeh i Rodriguez, zamknął ją Ishak korzystający ze złej interwencji obrońcy.

Lech prowadził więc 3:0 i nadal stwarzał gościom okazje po łatwych stratach, ale i tak gubił ich w kontratakach. Po kolejnym Palma otrzymał dalekie podanie, przeprowadził rajd i świetnie podał Ishakowi, a kapitan cieszył się z hat tricka – niestety przedwcześnie, Honduranin przyjął piłkę będąc na pozycji spalonej. Mogło być więc 4:0, ale szybko zrobiło się 3:1, gdy Radomiak ograł młodą Lechową defensywę. Można powiedzieć – jak zwykle. Kolejorz nie byłby sobą, gdyby nie stracił gola nawet w meczu wysoko wygranym. Jednak to wciąż nie był koniec strzelania przy Bułgarskiej. Piłkarze Gonçalo Feio zdawali sobie sprawę, że wystarczy im zamienić jedną ze swych licznych akcji ofensywnych na gola, by zrobiła się nerwowa końcówka i wszystko stało się możliwe.

Trener Frederisken robił zmiany i kibice nie wyrażali przesadnej radości, gdy Ishaka zastąpił symbol niekompetencji transferowej Lecha – Yannick Agnero. Rzeczywiście, szybko wzbudził salwy śmiechu i gwizdy, gdy w doskonałej sytuacji, przez nikogo nie atakowany, nie przyjął łatwego podania, przewrócił się na prostej drodze i szansa przepadła. Jednak krótko przed końcem zadziwił publiczność otrzymując prostopadłe podanie od Palmy i umiejętnym strzałem z pierwszej piłki, obok wychodzącego bramkarza, ustalił wynik tego nietypowo przebiegającego meczu.   

Udostępnij:

Podobne