Mecz z Radomiakiem nie musiał się zakończyć triumfem Lecha. Gdyby zamiast szczęścia w postaci przyznania rzutu karnego spotkał go pech, wynik mógłby być zupełnie inny. Pierwsza połowa była wyrównana, ale długimi okresami przebiegała pod dyktando przeciwnika, który tylko do przerwy oddał kilkanaście strzałów, płynnie wyprowadzał ataki, napędzał się notorycznymi błędami Lecha, popełnianymi głównie podczas wyprowadzania piłki spod własnej bramki.
Potwierdziła się nadwrażliwość Lecha na boiskowe sytuacje. Wszystko, co dobre i co złe odbywa się w głowach piłkarzy. Niespodziewane prowadzenie dało mu swobodę i pewność siebie. Odrobina pecha wpędziłaby w nieszczęście, ułatwiłaby zadanie przeciwnikowi. Dobrze to widać po każdej stracie piłkarza, gdy umiera ze strachu, przestaje grać w piłkę, czeka na wyrok, każda minuta spędzona na boisku to dla graczy Kolejorza mordęga. Piłkarze warci miliony nie stanowią wówczas zespołu, ogrywa ich każdy trochę bardziej zdecydowany.

Wydawało się, że wpuszczając na boisko po tak długiej przewie w grze Gholizadeha trener popełnia błąd, w dodatku ryzykuje zdrowiem zawodnika. Niektórzy nawet podejrzewali, że taki skład na niedzielny mecz był gestem w stronę młodej publiczności, przybyłej na stadion w ramach akcji „Kibicuj z klasą”, chcącej zobaczyć gwiazdę całej ligi. Początkowo ten zawodnik nie czuł się pewnie, ale z czasem jego magiczne zagrania robiły różnicę. Widzi więcej niż inni, potrafi zmylić przeciwników jednym dotknięciem piłki. Grał dłużej niż godzinę, jest w formie, z czuciem piłki i boiska nie jest źle, a będzie dużo lepiej.
Mając po jednej stronie boiska Gholizadeha, po drugiej Palmę, Lech będzie trudny do powstrzymania w ataku. W odwodzie są Ismaheel, Bengtsson, a będzie Walemark. Grający za napastnikiem Rodriguez początkowo złościł kibiców stratami piłki, marnowaniem akcji kolegów, z czasem jednak przekonaliśmy się, jak dobrze potrafi współpracować z Ishakiem. No i okazało się, że Agnero, na którego klub wydał majątek, potrafi więcej niż Fiabema. Potrzebował długiego czasu i wielu kompromitujących prób, zanim zdobył pierwszą bramkę dla Lecha. To go nie przemieni w super strzelca, ale może potraktuje to jako przełamanie i wpuszczanie go na boisko przestanie być osłabianiem drużyny.
Dla wielu ekspertów Radomiak przyjechał do Poznania w roli faworyta. Był na fali, grał jak z nut, mierzył się z przeciwnikiem rozbitym, ciężko doświadczonym, rozchwianym emocjonalnie, nie potrafiącym wygrać u siebie od trzech miesięcy. Jak się szybko okazało, informacje o jakości Radomiaka nie były przesadzone. Od dawna nikt przy Bułgarskiej nie oddał tak wielu strzałów, nie operował piłką z taką swobodą, nie uwalniał się tak płynnie spod pressingu. Radomiak miał pomysł na mecz i go realizował, dopóki Lech nie otrzymał rzutu karnego, a po przerwie jedna mistrzowska akcja z udziałem Gholizadeha, Jagiełły, Ishaka i Rodrigueza spowodowała, że goście się posypali. Niby wciąż byli groźni, ale stanowili łatwy cel.

Aż do świąt Lech będzie grał co kilka dni, nie czeka go żaden nieważny mecz. Wszystkie one przesądzą o powodzeniu w całym sezonie. Trudno przewidzieć, jak się losy tej drużyny potoczą, skoro tak wiele zależy od emocji. Nie można powiedzieć, że idzie jak po swoje. Lada chwila może przyjść załamanie, da o sobie znać słabiutka obrona. Tym razem strata Milicia i Douglasa nie okazała się dotkliwa. Zaskakująco pewnie spisał się Mońka, natomiast Skrzypczak sprawiał wrażenie, że każdy jego kontakt z piłka odbywa się na ryzyku. Bliski był nawet samobója, więc dobrze, że tego dnia Lechowi szczęście sprzyjało. Trudno liczyć, że tak będzie zawsze.



