Dobra i zła wiadomość dla Lecha przed ostatnim etapem walki o prawo gry w fazie ligowej Europa League. Najbliższy mecz musi rozegrać na własnym stadionie, a to mu wróży jak najgorzej. Nie odnajduje się przy Bułgarskiej, tak było w poprzednich pucharowych rozgrywkach, tak jest teraz, a na dodatek zespół jest zdziesiątkowany nie tylko kontuzjami, o czym poniżej. Mistrzostwo Polski wywalczył głównie na wyjazdach, mimo notorycznych porażek na własnych śmieciach, w tym niejednej kompromitującej. Dobra wiadomość jest natomiast taka, że rewanż odbędzie się na stadionie mistrza Szwajcarii, gdzie nawet plastikowe boisko nie musi przeszkadzać. W Troshavn okazało się nawet sprzymierzeńcem.
Kto by się spodziewał, że Lech roztrwoni dużą przewagę z wyjazdowego meczu w Aarhus? Kto wierzył, że po walce u siebie jak równy z równym z mistrzem Wysp Owczych, w rewanżu zdmuchnie rywali z boiska? W dodatku boiska ze sztuczną trawą. Jak się miało okazać, sprzyjało ono szybkiej, technicznej grze i zamiast utrudnić gościom zadanie, pozwoliło całkowicie zapanować nad gospodarzami. Wyjazdowe zwycięstwo mogło być rekordowo wysokie, gdyby tylko Palma wykorzystał swoje „setki”.
Trzeba jednak przyznać, że gdyby ktoś ograniczył meczowy skrót tylko do ofensywnych akcji FI Klaksvik, mówiłby o dramatycznej nieskuteczności tego zespołu i ogromnym szczęściu Lecha. Gospodarzom nie pomogły prezenty hojnie wręczane przez poznańskiego bramkarza. Jego wyczyny nakazują poważnie się zastanowić się nad obsadą tej pozycji. Taka „jakość” kluczowego gracza może w następnych meczach przełożyć się na stratę punktów i wielkich pieniędzy. Pierwszy lepszy nastolatek z klubowej akademii zachowałby się odpowiedzialnej. To niespotykane, by bramkarz wielokrotnie wychodził na przedpole, by przechwycić piłkę, a nie udało mu się to ani razu. Zaliczał jeden pusty przelot za drugim, a po jego bezsensownej stracie farerski napastnik nie mógł zrozumieć, jakim cudem piłka minęła bramkę.
Obsada bramki to niejedyna troska trenera przed meczami z FC Thun. Został bez napastnika, bo Ishak nie rozegrał nawet połowy spotkania zanim doznał urazu mięśnia, natomiast Agnero zamiast z drużyną na mecz, udał się do Afryki błagać polskiego konsula o wizę. W podobnej sytuacji jest Yegbe, filar defensywy. Do dziś tam czekają, zamiast trenować z kolegami. Klub, choć pracuje na dobro całej polskiej piłki, zdobywając ważne dla niej punkty rankingowe, jest bezradny, nic od niego nie zależy. Jakoś nie może liczyć na zainteresowanie tych, którzy mogliby poprosić konsulów o wyrozumiałość. Poznańscy politycy mają szansę pokazać się jako czyniący coś dobrego i dla lokalnej społeczności, i dla polskiego sportu. Nie są tym zainteresowani, nawet jeśli zasiadają w stadionowej loży VIP.



