Jeszcze nie wiemy, w jakich nastrojach piłkarze Lecha wrócą z Wysp Owczych, ale ta wyprawa już przeszła do historii. Dalekich i skomplikowanych wyjazdów było mnóstwo, choćby ta po pierwszą wygraną, na islandzką wyspę Vestmannaeyjar, gdy poznańska ekipa była całkowicie offline, internet pojawił się zresztą kilkadziesiąt lat później, a stan wojenny zamknął Polsce łączność ze światem. Złaknieni informacji kibice wydzwaniali do sportowych redakcji, dopiero po godzinach dotarły pierwsze wieści o zwycięskim meczu ekipy Wojciecha Łazarka.
Lech miał wyruszyć na rewanż przeciwko KI Klaksvik w środę. Musiał przełożyć wyjazd o dzień, ale i tym razem nie dotarł na miejsce za pierwszym razem, lądował w Bergen, udało się osiągnąć cel po wielu godzinach. Przez kolejne nie było wiadomo, czy mecz zostanie rozegrany późnym wieczorem tego samego dnia. Okazało się, że dopiero nazajutrz. Odyseją Kolejorza żyło bez mała całe miasto. Ludzie wydzwaniali do siebie, dzielili się doniesieniami i spekulacjami. Ekipa Lecha krążyła nad Atlantykiem, a dziesiątki tysięcy osób, co jest chyba rekordem, śledziły ten lot za pośrednictwem aplikacji flightradar 24.
Pasjonowanie się wynikiem meczu to sprawa naturalna. Ale podróżą lotniczą drużyny, której się mocno kibicuje? Znów się przekonujemy, ile dla mieszkańców Poznania i Wielkopolski (choć nie tylko) znaczy Lech. Wszyscy oni wpadli w traumę po duńskiej klęsce. Do dziś nie mogą się po tym ciężkim przeżyciu otrząsnąć, a tu muszą obserwować kolejne nieprawdopodobne wydarzenia. Mówiąc złośliwie, do kompletu „szczęścia” brakuje tylko porażki z Farerami i powrotu do Poznania w niesławie.
Ktoś wierzący w siły nadprzyrodzone mógłby podejrzewać, że tego lata sprzysięgły się one przeciwko Lechowi, postanowiły go zniszczyć. Najpierw beznadziejne losowanie, gdy trafił mu się przeciwnik najtrudniejszy spośród wielu dostępnych. Potem odpadnięcie z Ligi Mistrzów, które okryło klub wstydem. W domowym meczu z Klaksvik, który miał być spacerkiem, prawie sam sobie wybił zęby, a teraz jeszcze ta podróż… Podróż po co? Po awans czy następną klęskę? Zwolennicy Lecha są tak emocjonalnie rozdygotani, że nie wykluczają niczego, także jeszcze jednej upiornej porażki na własne życzenie, a potem walki jak równy z równym z Łotyszami z Rygi, by nie znaleźć się jesienią poza pucharami.
Wyspiarze muszą strzelić Lechowi gola, by marzyć o wyeliminowaniu go. To stwarza nadzieję, że nie zablokują bramki. Muszą się choćby na chwilę odsłonić. Może uda się obronić przed stałymi fragmentami, wykorzystać któryś z ataków, by postawić gospodarzy w jeszcze trudniejszej sytuacji. Jednak już same te rozważania, gdy rywalizuje się z zespołem tak nisko notowanym, najlepiej świadczy o tym, jak bardzo wszystko się w Lechu zmieniło tego lata, w kilka zaledwie tygodni. Może w którymś z następnych sezonów to się odmieni i kibice pozbędą się głębokiej troski o swój klub, zaczną żyć międzynarodowymi sukcesami.



