Demolka na Wyspach Owczych. Lech na piątkę wykonał zadanie

Dużo obaw mieli kibice Kolejorza przed tym meczem, forma Lecha nie budziła ostatnio zaufania. Jak się okazało, trudniej było się dostać na Wyspy Owcze niż wywalczyć awans. Lech rozniósł KI Klasvik 5:0, wybił piłkę z głowy Farerom, którzy zresztą nie potrafili przegrać z honorem, prowokowali i wykazywali się agresją. Trzeba jednak przyznać, że łatwo zdobywający gole Lechici miewali też chwile słabości, zwłaszcza w obronie. Lepsza ekipa wykorzystałaby fatalną grę Lisa, który odstawał jakością od drużyny, mógł zniweczyć wysiłek kolegów. Pora na mistrza Szwajcarii. Być może trzeba będzie sobie radzić bez kapitana, kontuzjowanego jeszcze w pierwszej połowie.

Wszystkich swych najlepszych piłkarzy posłał trener Lecha na boisko od samego początku. Ławka rezerwowych, zwykle imponująca jakością, tym razem dobrego wrażenia nie robiła. Zasiadło na niej tylko ośmiu piłkarzy, w tym dwóch bramkarzy i dwóch wychowanków. To skutek kilku kontuzji, a także problemów wizowych graczy pochodzących z Afryki.

Zgodnie z przewidywaniami, przewaga Lecha w operowaniu piłką ujawniła się od razu. Miał inicjatywę, piłkarsko dominował. Tyle, że nic z tego nie wynikało, bo w kluczowych momentach brakowało dokładności albo pomysłu na zaskoczenie gospodarzy. Jednak to gracze KI Klaksvik stworzyli sobie pierwszą w tym meczu groźną okazję bramkową, i to już po pięciu minutach. Wystarczyło im zagrać na prawą stronę, dośrodkować i strzelić głową z kilku metrów. Na drodze piłki znalazł się jednak Periera.

Lech starał się grać swobodnie, ale wciąż grzeszył niedokładnością, popełniał błędy, przez co marnował akcję po akcji. Seryjnie wykonywane rzuty rożne nie były żadną bronią. Aż po 20 minutach udało się przyspieszyć, znaleźć się z piłką w polu karnym, by padł gol. Dwukrotnie strzelał Ishak, obrońca i bramkarz odbijali piłkę, ale na posterunku był jeszcze Sayyadmanesh, który bez kłopotów uderzył w odsłoniętą część bramki. Goście poczuli się pewniej, ale nie potrafili tego zdyskontować, za to to miejscowi gracze nie mieli już na co czekać. Przyspieszyli, próbowali pressingu, z czym Lech sobie radził.

Miał kolejne okazje bramkowe, brakowało mu tylko wykończenia, choć kilka minut przed końcem pierwszej połowy zrobiło się groźnie przed bramką Lisa. Piłkarze Klaksvik doprowadzili do dużego chaosu, wrzucali piłkę w pole karne, goście bronili się bezładnymi wybiciami. Najgroźniej się robiło, gdy poznański bramkarz wychodził do górnych piłek i za każdym razem mijał się z celem. W końcu Lech wyprowadził groźną, składną kontrę i niewiele brakowało, by Palma podwyższył wynik. Zapobiegł temu miejscowy bramkarz. Był z tego tylko rzut rożny, jak zwykle zmarnowany.

Jeszcze przed przerwą pojawiły się problemy mięśniowe u Ishaka, jedynego napastnika Lecha. Musiał zejść z boiska, zastąpił go Hakans, innych ofensywnych graczy na ławce nie było. Ze skrzydła na środek przeniósł się Sayyadmanesh. Przyniosło do rezultat kilka minut po przerwie, gdy Irańczyk zagrał do Rodrigueza, ten zaś obiegł wszystkich obrońców i strzelił pod poprzeczkę. Było dobrze, ale niebawem jak sabotażysta zachował się Lis, stworzył gospodarzom okazję, na szczęście piłka jakimś cudem ominęła słupek. Powiało grozą. Sytuacja odmieniła się dosłownie sekundy potem, po błyskawicznej kontrze Lecha. W idealnej sytuacji znalazł się Palma, kolejny raz niestety spudłował, tym razem haniebnie. Mogło być po zawodach, tym bardziej, że po chwili kolejną „setkę” zmarnował Hakans, w następnej akcji Sayyadmanesh trafił w poprzeczkę.

Tak duża liczba okazji bramkowych wynikała z bardziej ofensywnej postawy miejscowych, którzy zrezygnowali z kurczowej obrony, a Lech kocha wolną przestrzeń. Jego skład zrobił się nietypowy, gdy boisko opuścił Sayyadmensh zastąpiony przez Murawskiego. IK Klaksvik natomiast nacierał coraz intensywniej, oddawał strzały, więc było się czego bać, zwłaszcza wobec niepewnych wyjść, pustych przelotów Lisa. Trochę lepsza drużyna ukarałaby Lecha bardzo szybko. Chciałoby się wołać – Mrozek wróć!

W tym meczu Lech wykonał mnóstwo rzutów rożnych. Dopiero kwadrans przed końcem wreszcie udało się jeden z nich wykorzystać. Rozegranie było nietypowe, piłka została wycofana, trafiła do Walemrka, który dośrodkował. Obrońcy ratowali się tak nieszczęśliwie, że jeden z nich asystował Kozubalowi, który podwyższył wynik na 3:0. Miejscowych to nie załamywało, wciąż próbowali atakować. Coraz częściej faulowali, byli agresywni, dochodziło do spięć, gdy Lechici też reagowali nerwowo, Frederiksen obejrzał nawet żółtą kartkę. Klaksvik strzelił w końcu gola, po kolejne nieudolnej „paradzie” Lisa, ale mieli pecha – akcję spalili.

To jeszcze nie był koniec strzelania. Gospodarze wciąż faulowali, także bez piłki, co tolerował chorwacki sędzia o charakterystycznym nazwisku Pajac, który wcześniej używał gwizdka po każdym kontakcie piłkarzy. Sędzia awanturujących się Farerów oszczędził, bezlitosny wobec ich był za to Lech, dołożył dwa gole. Hakans po profesorsku wykorzystał mistrzowskie prostopadłe podania Walemarka. Szwed natomiast tuż przed końcem popisał fantastycznym strzałem z dystansu. Gospodarze okazali się tłem dla Kolejorza. Przy jego większej skuteczności wynik zbliżyłby się do dwucyfrowego.

Udostępnij:

Podobne

Wpatrzeni w niebo. A powinni w boisko

Jeszcze nie wiemy, w jakich nastrojach piłkarze Lecha wrócą z Wysp Owczych, ale ta wyprawa już przeszła do historii. Dalekich i skomplikowanych wyjazdów było mnóstwo,

Trudna wyprawa po awans

Mistrz Polski wybiera się na Wyspy Owcze, a kibice mocno się niepokoją, czy uda się utrzymać jednobramkową zaliczkę z meczu domowego. Czy przy takiej różnicy