Niewiele brakowało, by Legia, którą większość komentatorów już dawno skazało na obronienie tytułu, straciła we Wrocławiu wszystkie punkty. Gospodarzy trochę wyręczył sędzia Paweł Gil, specjalista od podejmowania dziwnych decyzji, trochę też pomogła im Legia nie wykorzystująca serii dobrych okazji bramkowych. Legia tym się różni od Lecha, że nie musi ciąć kosztów, może kupować nowych zawodników. I kupuje, ale ich przydatność jest wątpliwa. Lepiej mieć jednego skutecznego napastnika niż kilku pudłujących.
Możemy być przekonani, że Legia trochę punktów w sezonie zasadniczym jeszcze zgubi, a jej postawa w dodatkowej fazie rozgrywek jest dużą niewiadomą. Gdyby Lech miał skład, a przede wszystkim parcie na sukcesy takie, jak kilka lat temu, obecny lider byłby do złapania. Legia ma jednak szczęście. Przy Bułgarskiej nie widać determinacji w dążeniu do sukcesu. Wydaje się, że priorytetem jest bezpieczeństwo finansowe klubu, żaden katastrofalny wynik nim nie wstrząśnie, nad każdą porażką gładko przechodzi się do porządku dziennego.
Nie mamy wątpliwości, że sztab szkoleniowy i piłkarze będą ze wszystkich sił dążyć w Łodzi do zwycięstwa. Nie odpuszczą, podejmą walkę. Jeśli będzie taka możliwość – wygrają. Jeśli przeciwnik się postawi, rozegra bardzo dobry mecz, a na dodatek dopisze mu szczęście – tragedii nie będzie, bo nie takich klęsk zaznał w tym sezonie Lech. Piłkarze jak zwykle zapowiedzą wyciągnięcie wniosków, trener zwyczajowo spotka się z zarządem klubu, by omówić ostatni mecz i wspólnie zastanowić się nad przyszłością. I życie potoczy się dalej. Kibice wiedzą już, że w tym sezonie, a prawdopodobnie i w kolejnym, o konieczności wygrania ligi tylko się mówi.
Prawdziwą klęską byłby dopiero brak awansu do europejskich pucharów. Nic nie jest przesądzone także w tej materii. Na niektórych rywali trzeba bardzo uważać. Działacze z Chorzowa wygrali los na loterii zatrudniając mądrego, doświadczonego trenera, który znalazł idealny system gry pozwalający wykorzystać możliwości podopiecznych. Wątpię, by w innych okolicznościach, w innym klubie ten sam szkoleniowiec odniósł taki sam sukces. Trener ma taki wpływ na grę drużyny, jak dyrygent na brzmienie i klasę orkiestry. Wszędzie potrzebni są wykonawcy, wszędzie panują szczególne warunki akustyczne, a i od słuchaczy niemało zależy.
Nie wierzę, by Lechowi zagroziła Wisła Kraków. Nie ma wielu klasowych zawodników, drużynę buduje się tam chaotycznie i jeszcze bardziej oszczędnościowo niż w przypadku Lecha. Wydaje się, że bardziej trzeba oglądać się na Pogoń, Jagiellonię i Zawiszę niż martwić się klasą Wisły. W Szczecinie nastawili się na rozwój, a takie kluby zawsze są groźniejsze od tych, co chcą bezpiecznie przetrwać szkoląc młodzież. Zawisza nie ma kibiców, ale ma dobrze poukładaną i umiejętnie budowaną drużynę. Jagiellonia gra coraz lepiej, ma swój styl i kilku zawodników wyrastających ponad poziom ekstraklasy. Wszystkie te zespoły będą groźne. Każda z nich zwycięstwo w Łodzi uznałaby za obowiązek.
Przed niektórymi meczami skład Lecha możemy przewidzieć z dużą pewnością. Teraz tak nie jest. Wątpliwości byłoby jeszcze więcej, gdyby mecz nie odbywał się dopiero w poniedziałek. Kilku zawodników miało problemy zdrowotne, czas działał na ich korzyść. W rezerwach udanie zadebiutował Paulus Arajuuri. Jak twierdzą obserwatorzy – to może być kawał solidnego obrońcy. Nie wiadomo, czy znajdzie się w drużynie. Trener ma zdrowiejącego „Kamyka”, Wołąkiewicza, który marzy o rehabilitacji za Szczecin i Arboledę, który w ostatnim meczu pokazał, że jest w wysokiej formie. Żal byłoby sadzać takiego zawodnika na ławce.
Nie można tego powiedzieć o Claasenie, który nie zdążył jeszcze w Poznaniu pokazać prawdziwego oblicza. Na skrzydłach pokażą się Pawłowski i Lovrencsics, w środku Linetty i Trałka, a za Teodorczykiem zagra Hamalainen, o ile zdąży całkowicie wykurować uraz kolana. Porównując nazwiska, jakie ma do dyspozycji trener Lecha do nazwisk zawodników Widzewa, nie jest trudno przewidzieć zwycięzcę. Niestety, po boisku nie biegają nazwiska, w futbolu liczy się postawa całej drużyny, a w polskiej lidze słowo „faworyt” ma znaczenie umowne.
Józef Djaczenko




