Zanosiło się na kolejny blamaż. Mogła być sensacja. Skończyło się remisem

Wynik 1:1 w meczu przeciwko drużynie z Premier League wydawał się nieosiągalny, nawet jeżeli rywal boryka się z kontuzjami, spadł na dno ligowej tabeli. Choć Lech starcie z Sunderlandem zaczął tradycyjnie, czyli od podarowania gościom bramki, a potem był o włos o straty kilku kolejnych, to nie rezygnował z atakowania i dopiął swego, był też blisko sensacyjnego zwycięskiego. Gracze z ojczyzny futbolu przekonali się, że bywa on okrutny i nie zawsze wyższa jakość gwarantuje sukces.

Mnóstwo wolnych miejsc było na stadionie jeszcze kilka minut przed meczem, z powodu fatalnej organizacji ruchu w mieście, korków potęgujących się w dni deszczowe. Spóźnieni kibice nie zdążyli dobrze zająć miejsca, a Lech przegrywał, na własne zresztą życzenie. Zaczął nerwowo, strata goniła stratę. Już w 2 minucie Lis nieumiejętnie podał do Gurgula, ten zachował się niezbornie. Nie wiedział, jak ruszyć do piłki, jego brak zdecydowania klasowi gracze z łatwością wykorzystali obejmując prowadzenie. Fanów Lecha nawet to za bardzo nie zdziwiło. Ot, normalka. To się przecież beznadziejnej obronie zdarza w każdym meczu, choć w lidze rzadko bywa wykorzystywane.

Kolejne gole wydawały się kwestią czasu, bo Sunderland raz po raz wchodził w kompromitująco słabą obronę Lecha jak w masło, oddawał strzał za strzałem. Gdyby goście wykorzystali z tego cokolwiek, wyjechaliby z Poznania ze zwycięstwem. Źle łapiącego piłkę Lisa uratował słupek. Lechowi dopisywało z jednej strony szczęście, bo za każdym razem zdołał się wykaraskać z opresji, z drugiej pech, bo mógł szybko wyrównać. Trzeba bowiem przyznać, że dzięki Rodriguezowi i Walemarkowi potrafił stworzyć zagrożenie pod angielską bramką. O włos od szczęścia byli Szwed i Kozubal, który z bliska trafił w bramkarza, gdy wydawało się, że nic już go nie ocali. Potem Hakans koncertowo spartolił sytuację sam na sam, pozbawiając Rodrigueza kapitalnej asysty.

O pierwszej połowie można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była wyrównana. Wyższość gości nie podlegała dyskusji. Odbierali piłkę Lechitom jak dzieciom, swobodnie nią operowali. Kiedy Rodriguez lub Walemarki zdołali im się jakoś urwać, zawsze znalazł się ktoś, kto ich skutecznie dogonił. Po jednej stronie była indywidualna jakość. Po drugiej pospolite dziadostwo, bo jak określić postępowanie Lisa, którego sto procent podań podczas wyprowadzania ataków trafiało do przeciwników albo na aut. Próbował i próbował, za każdym razem bezmyślnie. Na trybunach wściekłość na niego i na fatalne zagrania Yegbe narastała. Lech potrafił jednak tworzyć zagrożenie także pod drugą bramką. Zadanie ułatwiały mu kłopoty Sunderlandu z organizacją gry. Mecz był żywiołowy, ale chaotyczny.

W drugiej połowie angielska drużyna zagrała z mniejszą energią, jakby intensywność zostawiła w szatni. Wciąż dominowała, tworzyła groźne sytuacje, ma bowiem w przeciwieństwie do Lecha bardzo mocną drugą linię, która panowała nad wydarzeniami i momentami wprost ośmieszała próbujących szczęścia gospodarzy. Choć Lechowi brakowało jakości, by nawiązać w miarę równorzędną walkę, to z ofensywy nie rezygnował, a jest ona głównym jego atutem. Walemark czekał na każdą możliwość wejścia w pole karne. W tym momencie mecz mógł się potoczyć w każdą stronę, bo opatrzność czuwała nad poznańską defensywą, która wyszła obronną ręką z groźnych sytuacji, a ofensywie coś wreszcie mogło się udać. I w końcu się udało. Po rzucie rożnym odbita piłka trafiła pod nogi rezerwowego Bengtosna, a chwilę potem, po natychmiastowym strzale, do angielskiej bramki.

Dopiero teraz goście nabrali energii i mocno nacisnęli, ale mogli zostać ukarani natychmiast, bo Lech wyprowadził atak z udziałem kilku graczy i bramkarz Sunderlandu jakimś cudem zatrzymał próby Walemarka i Gurgula. Sensacja było o włos, tym bardziej, że prowadzone do ostatnich sekund ataki gości zakończyły się fiaskiem, a Lech czekał na swoje szanse. Ostatnią odebrał mu węgierski arbiter nie pozwalający wykonać podyktowanego przez siebie rzutu wolnego.

Udostępnij:

Podobne