Kiedy piłkarze Lecha stają do walki z rywalami z mocniejszych lig, ujawnia się blokada stawiająca ich na z góry przegranej pozycji. Czekają na wyrok, ten zaś jest nieuchronny. Różnica w umiejętnościach jest potężna i zrozumiała, ale tu występuje coś jeszcze. Coś, co uniemożliwia normalną sportową rywalizację, uwolnienie własnego potencjału, zmusza do niewytłumaczalnych pomyłek. Wszystkie takie mecze kończą się wysokimi porażkami. Zawsze.
Co innego w rodzimej lidze, szczególnie gdy przeciwnik zostawia dużo wolnego miejsca. Korona Kielce zaatakowała Lecha wysoko. Chciała go zaskoczyć ofensywą. Piłkarze (do niedawna) Jacka Zielińskiego z pewnością oglądali mecz przeciwko Bayerowi Leverkusen i uwierzyli, że poznańskich obrońców można objechać niewielkimi nawet siłami, poczekać na ich błędy. Zastosowali pressing, z którym jednak Lechici łatwo sobie poradzili. Po wyjściu spod własnego pola karnego widzieli rozciągniętą obronę kielecką. Wystarczyła szybkość, której tak bardzo brakowało w Lidze Europy, by strzelać gola za golem.
Jeśli dotychczasowy rytm, czyli zwycięstwa w ekstraklasie i klęski w Lidze Europy zachowa się, to piłkarze Sunderlandu przyjadą do Poznania jak po swoje. Gospodarze im się nie postawią. Po zdemolowaniu Korony słychać opinie, że grający z takim rozmachem Kolejorz tym razem sobie poradzi, przerwie fatalną passę. Tyle, że to już będzie inny Kolejorz. Marna forma ostatniej drużyny Premier League, jej kłopoty kadrowe, nie mają tu nic do rzeczy, podobnie jak szacunkowa, liczona w dziesiątkach milionów wartość zawodników, którzy wybiegną na poznańskie boisko. Zadecyduje to, czy Lech znów nie będzie sobą, a trener pozostanie bezradny. W przemianę trudno wierzyć, ale nic nie jest niemożliwe.
Najbardziej prawdopodobna jest trzecia porażka. I czwarta, bo potem trzeba się udać do Lizbony. Europejski kalendarz nie ułożył się dla Lecha ciekawie. Mając osłabiony skład musi grać z drużynami z najwyższej półki, tracić wiele goli, choć nie byłoby ich aż tyle, gdyby nie legendarne już prezenty rozdawane przeciwnikom. Sam nie zdobył jeszcze gola, tracą ich aż osiem. Drużyna jest tak nierówna, jak to tylko możliwe. Między możliwościami Walemarka i środkowych obrońców i pomocników zieje potężna przepaść. Na nic zdaje się siła ofensywna, pozwalająca demolować krajowych rywali, gdy inne ogniwa zespołu odstają od średniej nie tylko europejskiej.
Kibice Kolejorza boją się tego meczu, i trudno się dziwić. Zachowują jednak nadzieję na coś nieoczekiwanego. Gdy Lech sensacyjnie ograł Manchester City, Roberto Mancini, włoski trener angielskiej drużyny powiedział na pomeczowej konferencji prasowej, że gdyby zespoły te spotkały się sto razy, w 99 przypadkach górą byłaby jego ekipa. Teraz jednak zdarzył się ten jeden jedyny pechowy dla niego przypadek. Warto zatem wierzyć, że podobne zjawisko znów wystąpi. Warunek jest tylko jeden: trzeba podejść do rywalizacji z wiarą we własną sprawczość. Przede wszystkim jednak nie wolno rozdawać prezentów tym, co i tak mają dużo więcej.



