W Europie bezradni, w lidze nie do zatrzymania. Zdemolowali Koronę

W czwartek kompromitacja, bezradność, wstyd na całą piłkarską Europę, mnóstwo słów krytyki. Po trzech dniach ten sam Lech, w prawie identycznym składzie, rozniósł w proch i pył Koronę Kielce. Wynik 6:1 nie oddaje różnicy w jakości między zawodnikami jednego i drugiego zespołu. Klasą dla siebie był Pablo Rodriguez. W meczu pucharowym w ramach kary nie zagrał od początku. Teraz był ojcem pogromu, miał udział przy pięciu golach, dwa sam strzelił.

Przed tym meczem w Poznaniu słychać było obawy o wynik. Nikt nie wiedział, jak Lech zareaguje na czwartkowy blamaż, gdy jakościowy rywal ujawnił całą jego marność. Korona rzadko wygrywała z Lechem, ale teraz, po poważnych letnich wzmocnieniach, jest silna jak nigdy, w dodatku zdeterminowana, by coś ugrać. Trener Jacek Zieliński zapowiedział ofensywę, grę do przodu. I nie skłamał, bo rzeczywiście od początku goście zaatakowali dużymi siłami chcąc zepchnąć Lecha do defensywy. Mistrz Polski jednak łatwo omijał pressing, nie pozwolił Koronie rozwijać skrzydła i sam wyprowadzał cios za ciosem.

Główne role w Lechowej ofensywie grali Walemark i Rodriguez. Szwed był nie do zatrzymania, wygrywał pojedynki biegowe, rozpędzał się, ośmieszał Pięczka. Rodriguez natomiast na boisku dzielił i rządził. Właśnie on już w 4 minucie zaatakował i wycofał piłkę do Walemarka, który strzelił nie do obrony. Minutę później Pereira dobrze obsłużył Rodrigueza i Lech prowadził 2:0. To jeszcze nie był koniec szybkiego strzelania, bo po błyskawicznym rajdzie Walemarka Rodriguez nie mógł opanować piłki, ale jakoś skierował ją do Ishaka, który w końcu się przełamał. Co więcej, pod koniec pierwszej połowy miał idealną szansę na kolejnego gola, strzelił jednak jak mocno, tak niecelnie. Mimo tego pudła Lech i tak przed przerwą bramkę dorzucił – Ishak trochę się zrehabilitował podając prostopadle do Rodrigueza, który nie miał kłopotu z pokonaniem bramkarza.

W pierwszej połowie Lech oddał cztery celne strzały i prowadził 4:0. Na początku drugiej połowy miał pięć strzałów i wynik 5:0. Hiszpan się zrewanżował Ishakowi obsługując go z niezwykłą precyzją. To był kolejny dublet Szweda. Znów był bliski hat tricka, znów go nie zaliczył. Wydawało się, że więcej goli gospodarze już nie strzelą. Nie wysilali się za bardzo, pojawiła się nonszalancja, bylejakość, mnożyły się błędy. Sam Pereira mógł podarować Koronie trzy gole myląc się w kluczowych momentach. Kielczanie atakowali niezrażeni, jakby chcieli podkreślić, że po to tu przyjechali. Raz udało im się Lisa zaskoczyć, celny strzał z linii pola karnego oddał Mena. Prosiło się o kontrataki w wykonaniu Lecha, nie wychodziły one jednak, brakowało dokładności i chyba chęci, by jeszcze postrzelać.

W ostatnim fragmencie meczu obie drużyny miały okazje bramkowe. Korona psuła akcję po akcji, Lech długo też, ale w czasie doliczonym Gurgul świetnie obsłużył Agnero i ten wreszcie przełamał długą niemoc.

Udostępnij:

Podobne

Korona pozwoli odzyskać poczucie wartości?

Do osiągnięcia krajowych sukcesów Lechowi wystarcza klasa kilku zawodników, najlepszych w całej lidze. Taki sposób budowania drużyny, choć kosztowny, jest najłatwiejszy. Zespół marzący o rywalizacji

Stłamszeni, zniszczeni, ośmieszeni

Nie dość, że różnica w umiejętnościach między piłkarzami Lecha i Bayeru Leverkusen była porażająca, to jeszcze Lechici uparli się, by pomagać renomowanym gościom w odniesieniu