Nie dość, że różnica w umiejętnościach między piłkarzami Lecha i Bayeru Leverkusen była porażająca, to jeszcze Lechici uparli się, by pomagać renomowanym gościom w odniesieniu wysokiego zwycięstwa. Wynik 4:0 dla ekipy z Bundesligi i tak jest korzystny dla mistrza Polski, bo gdyby stracił dwa razy tyle goli, nie mógłby mieć żalu do złego losu. Rzadko się ogląda tak nierówny pojedynek. Rzadko w Poznaniu podziwia się tak klasowych piłkarzy.
Mecz się zaczął tak, jak należało się spodziewać. Drużyna niemiecka (choć bez żadnego Niemca w składzie) wzięła piłkę i swobodnie sobie nią grała, jakby przeciwnika nie było na boisku. Mijały minuty, a gracze Kolejorza biegali po boisku, jakby udawali, że biorą udział w meczu. Było jasne, że to się nie może dobrze skończyć. W końcu Lech też zaczął mecz, nawet przedostał się pod bramkę rywala, ale zagrożenia z tego nie było. Dopiero po iluś minutach Walemark, czyli jedyny zawodnik gospodarzy dorównujący przeciwnikom, przerzucił piłkę do Ishaka, ten zaś potwierdził, że daleko mu do formy: w niezłej sytuacji kopnął ponad bramkę.
Zła forma może się zdarzyć, ale najgorsze jest to, że w tej drużynie drugiego napastnika brak. Agnero, który wszedł na boisko na ostatnie minuty, spisał się jeszcze gorzej niż koledzy. Najgorsze, co mogło Lecha spotkać, zdarzyło się dużo wcześniej, bo po kilkunastu minutach. Boisko musiał opuścić Mońka. Wszystko wskazuje, że to kolejny uraz mięśniowy. Coś fatalnego dzieje się w tym zespole. Czyjeś niekompetentne decyzje trenerskie lub medyczne powodują, że kolejni gracze cierpią z identycznych powodów, zespół systematycznie osłabia się. To jeszcze nie był koniec nieszczęść. Młodego obrońcę zastąpił Yegbe, który wkrótce zagrał ręką w polu karnym. Bayer też stracił gracza, ale rezerwowy Patrik Schick pokonał Lisa z rzutu karnego.
Kilka minut później obrońcy i bramkarz Lecha niezbornie zachowali się w sytuacji, która nie musiała skończyć się golem. Jednak się skończyła. Jeszcze w pierwszej połowie Mateusz Skrzypczak nie był pewien, czy przypadkiem nie uprawia zapasów zamiast futbolu. Z błędu wyprowadził go sędzia korzystający z podpowiedzi VAR-u. Na nieszczęście obrońcy Lecha dyscypliny pomyliły się w polu karnym i Schick znów wykorzystał jedenastkę. Pierwsze 45 minut uświadomiło wszystkim obecnym na stadionie, że jedna drużyna nad drugą dominuje w każdym elemencie, a szczególnie w szybkości. Lechici nie wiedzieli, co się dzieje, gdy przeciwnicy wymieniali błyskawiczne i precyzyjne podania, zaskakiwali ich odbiorami.
To była gra do jednej bramki i Lechowi pozostało marzyć, że uniknie dramatycznego pogromu. Ekipa z Niemiec bawiła się grą, swobodą, własnymi umiejętnościami, a czołowa drużyna z Polski próbowała się podgryzać, ale czyniła to topornie, na siłę, bez luzu, za to z licznymi błędami. Do wściekłości doprowadzał kibiców Lis. W sytuacjach, gdy może było zacząć atak, uruchomić kolegów, bezmyślnie kopał piłkę do przodu. W renomowanej ekipie takie postępowanie by nie przeszło. Nie przeszłoby żadne niechlujstwo. W Lechu jest tolerowane. Aż dziw, że kolejne błędy pozostały bezkarne, a Skrzypczak, Pereira, Yegbe dokładali starań, by Bayer mógł siebie postrzelać. W drużynie nie było linii środkowej. Bergren grał katastrofalnie. Kozubal… na swoim poziomie. Takim, jaki z pewnością nie znajdzie uznania w klubie lepszej ligi.
Lis fatalnie podawał, ale jego interwencje pomogły uniknąć straty kolejnych goli. Piłkarze Bayeru potrafili w dwóch, trzech przedostać się przez całą drużynę Lecha, wejść w pole karne, swobodnie sobie podawać, oddawać strzały. Bramkarz Kolejorza dał się pokonać w drugiej połowie tylko raz, w końcówce, gdy będący w liczebnej przewadze przed własnym polem karnym piłkarze Lecha pozwolili przejąć piłkę jedynemu w okolicy graczowi Bayernu. Szybka wymiana podań, pewny strzał z czystej pozycji i było po zawodach.
W ostatnich minutach Lech ambitnie próbował coś strzelić. Szybki Hakans zostawiał rywali za plecami, ale kiedy trzeba było z tym coś z tym zrobić, możliwości się kończyły. Palma starał się być aktywny, nic mu jednak nie wychodziło, podobnie jak rezerwowemu Rodriguezowi. A Agnero… lepiej jego „klasę” uczcić chwila ciszy.



