Wyższość Lecha nie podlegała dyskusji, ale nie można powiedzieć, że Wrocławiu rozegrał mecz idealny. Miał szczęście grać przeciwko drużynie z kilkoma niezłymi zawodnikami w składzie, ale ogólnie słabej. Beniaminek ekstraklasy znów będzie walczył o utrzymanie, gdy celem Kolejorza jest obrona tytułu. Grał w osłabieniu, do tego bez rytmu meczowego, ale na gospodarzy jakości wystarczyło z naddatkiem. Lepsza ekipa słabości Kolejorza potrafiłaby wykorzystać.
Owe słabości to przede wszystkim powtarzające się błędy, niedokładności, nieprzemyślane zagrania. Drużyna klasy Śląska Wrocław nie mogła zrobić z tego użytku, bo sama nie jest lepsza. Zespoły z wyższą jakością nie będą miały skrupułów. Crystal Palace bezlitośnie wykorzystał to, co w naszej ekstraklasie jest niestety normą. Zawahań zapewne nie będzie miał też w czwartek Bayer Leverkusen, niezależnie od tego, w jakim składzie wystąpi, jak potraktuje mecz z mistrzem Polski. W Bundeslidze na żartach się nie znają. Każdy prezent od graczy Lecha zostanie z wdzięcznością przyjęty i spożytkowany.
Mecz we Wrocławiu Lech zaczął bez swych najlepszych graczy ofensywnych, przerastających ekstraklasę. Gholizadeha zobaczymy na boisku za kilka miesięcy. Sayyadmanesha, który świetnie wprowadził się do zespołu, może za miesiąc. Walemark wrócił ze Szwecji z chorobą i dopiero odzyskuje formę. Ishaka też można od jakiegoś czasu traktować jako nieobecnego, nie udaje mu się wrócić do normalnej dyspozycji. Trud strzelania goli muszą brać na siebie gracze środka pola i skrzydłowi. Lech gra ostatnio właściwie bez ataku, bo mimo dobrej woli trudno napastnikiem nazywać Agnero. Do tej pory denerwował tylko kibiców, teraz do wściekłości doprowadził kolegów, którym odbierał asysty i gole. Mógł w krótkim czasie zaliczyć hattricka, niestety koncertowo marnował akcję po akcji, przez co przepadła szansa na historyczny pogrom we Wrocławiu.
Jeśli mimo takich słabości i braku czołowych zawodników Lech wyraźnie dominował, to łatwo sobie wyobrazić jego grę w pełni formy i w optymalnym składzie. Co ciekawe, zaczął mecz z siedmioma Polakami w składzie, zresztą niemal cała linia defensywna była nie tylko polska. Gdyby nie liczyć Pereiry, a wziąć pod uwagę wyżej grającego Gumnego, stanowili ją sami wychowankowie: Lis, „Guma”, Mońka, Skrzypczak, Gurgul. Potem na boisko wszedł inny absolwent akademii, Kozubal. Ma to swoją wymowę. Dobrze świadczy o polityce Lecha. O dziwo w tym roku klubu nie zmienił żaden z wychowanków, choć kilku z nich miało zgodę na transfer. Władze Kolejorza mają konkretne oczekiwania wobec Kozubala i Gurgula, także Mońki. Zapowiada się jednak, że transferowy rekord klubu pobije Walemark.
Dla Szweda polska liga jest już za ciasna. Mimo osłabienia chorobą przeprowadził kilka akcji najwyższej klasy. Zdobył dwa gole, mistrzowską asystę skradł mu Agnero, który sam mógł asystować, by Walemark kończył mecz z hat trickiem. Wszystko to na obcym, wrogim stadionie. Wypełnionym kibicami, którzy jednak rozchodzili się, gdy Lech coraz lepiej się bawił. Szkoda, że zamiast dołożyć kilka goli, sam jednego stracił, jak zwykle po rzucie rożnym. Aż trudno było uwierzyć, że trzy poprzednie mecze we Wrocławiu przyniosły porażki, mimo iż Lech za każdym razem jechał tam jako zdecydowany faworyt.
W czwartek faworytem nie będzie. Wszystkie ostatnie domowe mecze z klasowymi przeciwnikami wysoko przegrał. W polskiej lidze potrafi rządzić, a mając przed sobą zespół z innego świata, staje się chłopcem do bicia. W ten sposób niczego w Europie się nie osiągnie. Dziwne, że uznany trener Niels Frederiksen nie daje rady zapanować nad błędami pozbawiającymi zespół punktów, obniżającymi wartość transferową wychowanków.



