Ten sezon chyba znów zapisze się w historii Lecha Poznań, ale nie jako wspominamy z satysfakcją. Zapowiada się jeszcze jedna klapa, niewykorzystanie wielkiej szansy, niezrozumiała rezygnacja z tego, po co wystarczy wyciągnąć rękę. Po 19 kolejkach liderowania w tabeli i wysłuchaniu opinii, jakoby nie było w tym sezonie na niego siły – poddał się. Przestał walczyć. W drugiej połowie wrocławskiego meczu żal było patrzeć na ludzi nieporadnych, przypominających dzieci pozbawione opieki dorosłego.
Jeszcze niedawno można było snuć spekulacje na temat terminarza rozgrywek, formy przeciwników, układu ich spotkań, formy tego lub innego zawodnika. Teraz już nie ma to sensu. Żadne okoliczności nie pomogą ani nie zaszkodzą, gdy przestaje się walczyć. Podczas przerwy zimowej w drużynie nastąpiła przerażająca, pogłębiająca się zmiana. Niels Frederiksen zbierał same pochwały za to, jak latem przeobraził Lecha, nauczył go walczyć, grać ofensywnie, biegać więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Teraz się zastanawia, co się porobiło, jakie błędy zostały popełnione.
Nie można powiedzieć, że klub nie wzmocnił drużyny. Ma ona w składzie zawodników z duża jakością, czołowych w lidze. A jednak ten zespół nie został chyba umiejętnie zbudowany, skoro w wyniku absencji jednego lub drugiego kluczowego gracza wszystko się sypie. Ślamazarny, opóźniający akcje Jagiełło nie zastąpił Murawskiego. Wartościowych zmienników na ławce nie było. Drużynie brakuje lidera regulującego tempo gry. Kozubal może takim kiedyś będzie, ale teraz osłabia zespół. Młody jest, ma prawo, to nie jego wina, że Lech gubi kreatywność przypisując kluczową rolę młodzieżowcowi. Zresztą Sousa też się tym razem nie popisał. Opieranie systemu gry na umiejętnościach kilku piłkarzy to droga donikąd. Skutek jest taki, że drużyna, tak wychwalana za mecz w Szczecinie, we Wrocławiu się posypała, nie pierwszy raz w tym sezonie.
Zajmujące ostatnie miejsce w lidze Śląsk okazał się lepszy od Lecha zapowiadającego walkę o powrót na fotel lidera. Miało być jak w sezonie mistrzowskim, gdy Kolejorz też stracił przodownictwo, by potem je odzyskać, gdy tylko wygrywał i wygrywał. Nawet układ meczów i wyniki były podobne – aż do wyprawy na przełomie marca i kwietnia do Wrocławia. Wtedy Lechici wrócili ze skromnym zwycięstwem, a teraz się skompromitowali, zdyskwalifikowali jako sportowcy. Bali się gry w piłkę. Śląsk był szybszy, miał pomysł na mecz, przecinał podania, wyprowadzał kontry, a widząc, że rywalizuje z grupą frustratów, skutecznie zaatakował.
Postawa Lecha przypominała tę z Białegostoku, ale teraz było jeszcze gorzej. Prawdopodobnie Frederiksen miał jakiś plan na ten mecz, ale jakoś go nie ujawnił. Jego podopieczni grali bojaźliwie, wymieniali tuziny łatwych podań marnując czas i resztki energii. Posiadającemu piłkę Lechicie strach zaglądał w oczy, gdy obok pojawił się rywal. Brakowało dobrego rozegrania w ataku, choć trener mówił, że drużyna ćwiczyła to podczas przerwy w lidze, zresztą bez dobrego startu do piłki nigdy nie ugra się niczego.
W całym meczu Lech popełniał straty i błędy mówiące prawdę o jego obecnej jakości. Czy pokazał się lepiej niż ekipa trenera Rumaka? Nawet kiedy spuszczała Wartę z ekstraklasy, próbowała walczyć mimo liczebnego osłabienia. Jakość gry była jednak zbliżona. Rok temu niektórzy śnili jeszcze o mistrzostwie, zespół miał się przebudzić. Czy w tym roku awansuje choćby do pucharów? Przy tak kompromitujących pomyłkach nic z tego nie będzie. Klasowy Walemark podarował Śląskowi pierwszą bramkę. W jego ślady w drugiej połowie próbowali pójść Hotić i Kozubal gubiąc piłkę przed własną szesnastką. Piłkarze Śląska byli tak zaskoczeni łaskawością rywala, że do strzelenia łatwych goli zabrakło im zimnej krwi.
Z wszystkimi piłkarzami oprócz kapitana dzieje się coś bardzo złego. Przypomina to sezon za Nenada Bjelicy, gdy Lech na ostatniej prostej stracił mistrzostwo ponosząc niezrozumiałe porażki. Podobną bezradność wykazał w licznych finałach Pucharu Polski. W tej drużynie, w tym klubie w ostatniej dekadzie występuje coś niekreślonego, paraliżującego, jakiś przedziwny rodzaj mentalności uniemożliwiający schylenie się po trofeum. Wydawało się, że Frederiksen podąży śladem Macieja Skorży, jednak i jego zaatakował przerażający wirus niemożności.



