Grając jak w dwóch ostatnich meczach Lech nie ma żadnych szans ma mistrzostwo Polski. Mogą być poważne kłopoty nawet z zakwalifikowaniem się do europejskich pucharów. We Wrocławiu zagrał katastrofalnie, a to, co wyczyniał w końcówce meczu, nosiło znamiona sabotażu. Przegrał 1:3, a wynik mógł być jeszcze gorszy, bo w ostatnich minutach Śląsk nie wykorzystał wielu okazji bramowych stwarzanych mu przez gości.
Spokojnie i niemrawo zaczął Lech ten mecz. Gospodarze pozwalali mu rozgrywać akcje w środkowej strefie boiska, z czego nic nie wynikało. Nie dość, że gra była powolna, to obfitowała w niedokładności i pospolite błędy. Najbardziej brzemienny w skutki popełnił ten, na którego dobrą postawę w ofensywie można było najbardziej liczyć – Walemark. Przed własnym polem karnym podał piłkę przeciwnikowi i po chwili Mrozek musiał wyciągać ją z bramki. Śląsk grał potem na utrzymanie wyniku i do końca pierwszej połowy prawie mu się to udało, mimo iż Lech potrafił stworzyć kilka groźnych sytuacji. Za każdym razem czegoś brakowało, by je sfinalizować. Groźne strzały wyłapywał lub odbijał bramkarz Śląska.
Przed przerwą udało się wyrównać w niezwykłych okolicznościach. W polu karnym leżał i cierpiał Walemark, w tym czasie Śląsk wyprowadził kontratak zakończony faulem na środku boiska, gdy wrocławski gracz wychodził na sytuację sam na sam. Piłkarze Śląska domagali się czerwonej kartki dla Lechity, ale po obejrzeniu tej sytuacji na monitorze sędzia zarządził rzut karny dla Lecha, za faul na szwedzkim zawodniku. Kapitan Ishak wytrzymał presję. Strzelił pewnie mimo ogłuszających gwizdów ponad 30-tysięcznej widowni.
Kto liczył, że po przerwie Lech spróbuje wygrać ten mecz, srogo się zawiódł. Gasł z minuty na minutę, był coraz słabszy, marnował coraz więcej akcji, przegrywał indywidualne pojedynki. Przede wszystkim nie miał żadnego pomysłu, w przeciwieństwie do mądrze ustawionego Śląska, który widząc słabość rywala, nie dość, że szukał kontr, to przechodził do ofensywy. A Lech bezładnie i bezmyślnie wybijał piłkę s własnego pola karnego, nie potrafił już rozpoczynać akcji ofensywnych.
Gospodarze w końcu wykończyli skutecznie swój atak i wyszli na prowadzenie. Stało się oczywiste, że Lech się już nie podniesie. Niby próbował atakować, posyłać długie podania pod bramkę przeciwnika, ale sam nie wierzył w powodzenie tak rozpaczliwej gry. Co najgorsze, zaczął rozdawać prezenty. Piłkarze Kolejorza raz po raz tracili piłkę przed własną bramką i piłkarze Śląska sami chyba nie wiedzą, jakim cudem nie wykorzystali kilku „setek”. Na domiar złego w doliczonym czasie bezsensowny faul w poru karnym popełnił Kozuabal i Lech stracił trzecią bramkę. Po chwili mógł stracić jeszcze jedną.
Jedynie Ishak walczył w tym meczu jak za ojczyznę. Pozostali piłkarze nie dość, że grali słabo, elektrycznie, flegmatycznie, to popełniali szkolne błędy. Trener sprawiał wrażenie bezradnego. Nie wiadomo, co musiałoby się zdarzyć, by Lech wrócił jeszcze w tym sezonie gry, na jaką stać go było jesienią.



