Dobra wiadomość dla piłkarzy Lecha: ich meczu przeciwko Jagiellonii nie poprowadzi najlepszy polski arbiter pan Szymon Marciniak. Co nie znaczy, że nie skrzywdzą się sami, że nie zareagują właściwie na niepomyślne wydarzenia na boisku. W Częstochowie po stracie zawodnika przestali myśleć o ofensywie, o walce o zwycięstwo, chcieli tylko dotrwać do końca. A ponieważ mieli przeciwko sobie nie tylko przeciwną drużynę, lecz także Marciniaka i nie wyrzekli się błędów, stracili szanse na zwycięstwo. Niedzielny mecz, być może kluczowy dla końcowego układu tabeli, musi dla Lecha zakończyć się lepiej.
Długo jeszcze nieszczęsny mecz przeciwko Rakowowi będzie tematem kibicowskim rozmów. Podczas spotkania dziennikarzy z trenerem Frederiksenem więcej mówiło się o tym niż o niedzielnym równie ważnym pojedynku z Jagiellonią. Pytany o zmiany, jakie przeprowadził w środę w swej drużynie, Duńczyk żartował, że nie doszło do tej najważniejszej – nie zmienił się sędzia. Trener Kolejorza, jak zapewnił, oglądał powtórki sytuacji, po której Marciniak podyktował karnego, chyba ze sto razy, z różnych ujęć i w żaden sposób nie dopatrzył się kontaktu między graczami dającymi podstawę do takiej decyzji. – Sędziowie mają prawo się mylić, ale od czego jest VAR? – dociekał trener.
Przyznał jednak, że jego piłkarze nie powinni wycofać się w komplecie pod własną bramkę, gdy stracili piłkarza. Zaprzeczył, jakoby natychmiast się poddali. Jednak coś z mentalnością jego graczy jest nie tak. W ubiegłym sezonie „wsławili się” tym, że wystarczyło Lechowi strzelić gola, by przestał grać w piłkę, podłamał się. Wygrywał niemal zawsze wtedy, gdy zaczynał spotkanie od prowadzenia. Reakcja na czerwoną kartkę i wtedy, i teraz jest beznadziejna. W wyjazdowych meczach z Lechią, Puszczą było w takiej sytuacji po meczu. Lech na boisku po prostu był, ale na walkę o zwycięstwo zdobyć się nie potrafił.
Lech gra bardzo dobrze, gdy wszystko mu się układa, na przykład gdy to rywal straci gracza, do tego szybko uda się go „napocząć”. Tak było niemal dokładnie rok temu, gdy grał z Jagiellonią. Sprzyjało mu wszystko, wygrał 5:0 sprawiając wielką radość licznym kibicom. Był wtedy w uderzeniu, prowadził w tabeli, nie tylko z „Jagą” wygrał wysoko, błyszczały jego gwiazdy. Teraz jest w gorszej sytuacji, ma kłopoty z organizacją gry, stracił ważnych piłkarzy, a przeciwnik okrzepł, dzięki grze w Europie zyskał doświadczenie, aktualnie jest wyżej w tabeli. Jak zauważył trener, Jagiellonia, mimo korekt w grze, zachowała swą filozofię.
Jeżeli rok temu na widowni było mnóstwo kibiców, to w słoneczne niedzielne popołudnie będzie ich jeszcze więcej. Być może frekwencja zbliży się nawet do 40 tysięcy. Niestety, Lech stracił na co najmniej dwa mecze swego czołowego gracza ofensywnego. Luisa Palmę, występującego ostatnio jako :dziesiątka”, trzeba będzie zastąpić, a trener twierdzi, że ma kim. Być może postawi na nieobecnego w Częstochowie Jagiełłę. Rzadko ostatnio wystawiał Rodrigueza, a gracz ten jest podobno w dobrej dyspozycji. Zespół jest w środku bardzo intensywnego okresu, gdy trzeba grać co kilka dni, a wszystkie spotkania są bardzo ważne. Z pewnością w składzie nastąpią zmiany. Nie może jeszcze grać Radosław Murawski. Mateusz Skrzypczak i Joao Moutinho w ubiegłym sezonie grali w ekipie z Białegostoku, więc ich znajomość rywala może być sztabowi szkoleniowemu użyteczna, choć nie wiadomo, czy trener umieści ich w składzie.



