Dziwię się, że prezesi innych polskich klubów nie solidaryzują się z Leśnodorskim. Nie jest on postacią budzącą sympatię, ale tu nie chodzi o popieranie Legii, lecz o obronę własnych interesów. Co dziś spotyka Legię, jutro może dotknąć każdego innego. Za chwilę pani wojewoda kujawsko-pomorska otrzyma z Warszawy dyspozycję, czy ma zamknąć stadion Zawiszy na mecz z Lechem. Podobnie będzie na innych obiektach. Aż się w tej sytuacji prosi, by zaprotestować wspólnie. Zrobi się skandal ogólnopolski, ale tylko wtedy będzie szansa, że polska opinia publiczna, czerpiąca wiedzę od „znawców”, co piszą i mówią na zamówienie, a stadiony oglądają z daleka lub na obrazkach, dowie się, o co tu chodzi.
Problemem nie jest bowiem chuligaństwo, czy jak kto woli bandytyzm stadionowy. Problemem jest polityka. Ona z zasady powinna trzymać się jak najdalej sportu, ale obecna władza z piłki nożnej zrobiła sobie sprawę, przy pomocy której łatwo mydlić ludziom oczy, szukać tematów zastępczych. Podczas meczu Legii z Ruchem nie można spodziewać się żadnego zagrożenia. Gdyby szykowały się zadymy, gdyby kibice zamierzali wkroczyć na wojenną ścieżkę, można byłoby od biedy zrozumieć, że wojewoda chroni policję przed obowiązkiem zapewnienia bezpieczeństwa. To będzie jednak zwykły, przeciętny mecz ligowy, bez żadnego podtekstu, bez ryzyka.
Dlatego trzeba apelować do prezesów wszystkich klubów o poparcie dla Legii. Leśnodorski to nie jest miły facet. To jest zadufany w sobie, butny, zarozumiały gość ze stolicy. Nie zasługuje na poparcie jako Bogusław Leśnodorski. Jak prezes piłkarskiego klubu – tak. Całe piłkarskie środowisko powinno się zjednoczyć i przegonić politykę ze stadionów, tak jak próbuje się je uwolnić je od rasizmu, chuligaństwa, zgorszenia i wszelkiego innego paskudztwa.
Józef Djaczenko




