Dobrze chociaż, że trybuny „Bułgarskiej” zapełniają się tak samo, jak w poprzednich sezonach, mimo iż jest twierdzą tak trudną do zdobycia, że nawet gospodarze mają tu kłopoty z wygrywaniem. Choć nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać po piłkarzach Lecha, to i tak zapotrzebowanie na oglądanie ich gry ciągle jest duże. I właśnie to jest największym atutem poznańskiego stadionu. Pozostałe zbudowane na Euro 2012 obiekty nie mogą na to liczyć.
W Poznaniu każda podejrzana sprawa związana z Lechem i jego stadionem natychmiast budzi zainteresowanie i zaciekłą krytykę lokalnych mediów. Jeżeli w danej chwili nic złego się nie dzieje, zawsze można wyciągnąć jakiś raport sprzed roku, wykreować zamieszanie publikując ciekawe oświadczenie któregoś z lokalnych stowarzyszeń, którego członkowie za nic nie ponoszą odpowiedzialności, a na wszystkim się znają i wszystko wiedzą najlepiej.
Gdyby w Poznaniu trzeba było na Lecha wydawać kasę z budżetu miasta, media rozszarpałyby władze na strzępy. Cała Polska mówiłaby o wielkim skandalu. A jak jest we Wrocławiu? Tam podatnicy składają się na utrzymanie przy życiu Śląska, czyli klubu z dnia na dzień tracącego popularność. Na trybunach 40-tysięcznika, jeszcze droższego od tego z Poznania, zasiada tak mała grupka ludzi, że nie wypełniłaby nawet połowy miejscowej hali z czasów Adolfa Hitlera.
Przypomnijmy sobie przygotowania do Euro 2012, wybór miast-organizatorów. Polska straciła jeden ze swoich głównych atutów – Kraków. Słyszeli o nim wszyscy w świecie, ma dwie ligowe drużyny i długą piłkarską tradycję. W porównaniu do „starej stolicy” Wrocław jest niczym, a jednak politycy przeforsowali go na chama, bez umiaru, bez wstydu. Klęska polskiej reprezentacji wynikała z „klasy” piłkarzy i jej trenera, ale i politycy dołożyli do tego cegiełkę. Gdy we Wrocławiu zapanowało święte oburzenie, bo nie przyznano mu meczu ćwierćfinałowego, na otarcie łez otrzymał spotkanie Polski. Drużyna musiała ruszyć się ze Stadionu Narodowego i jechać tam, gdzie lepiej czuli się Czesi. Nie twierdzę, że Polska straciła przez to szanse, ale jeden z atutów z pewnością.
Dziś przekonujemy się, że publiczne pieniądze wydane we Wrocławiu poszły w błoto. Tam nigdy nie będzie wielkiego zapotrzebowania na futbol, szczególnie gdy miejscowej drużynie, mimo pompowania w nią pieniędzy z kasy miasta, nie idzie. W Poznaniu mówiło się o wielkim skandalu i niesprawiedliwości, gdy Lechowi udało się zmniejszyć obciążenia wynikające z utrzymywania stadionu. We Wrocławiu bez szemrania płacą za wszystko i nie lamentują, że mają pusty stadion i drużynę, której prawie nikt nie chce już oglądać.
Zastanawia, że we Wrocławiu władze i media mówią jednym głosem. Politycy robią miastu dobrze, a media temu przyklaskują, omijają trudne tematy, rozpisują się o pięknie rozwijającym się „mieście spotkań”. W Poznaniu jest dokładnie odwrotnie. A może to politycy i media mają rację, a nie poznaniacy i powinniśmy uwierzyć, że Wrocław zasłużył na piękny stadion i Euro 2012, na tytuł Europejskiej Stolicy Kultury? Tak głosi minister kultury, a on wie, co mówi. Był przecież prezydentem Wrocławia.
Józef Djaczenko



