Strzelanie wiedeńskim drużynom czterech goli to piękna, odwieczna poznańska tradycja. Wcześniej z takim bagażem Lech dwukrotnie odprawił Austrię, teraz przyszła kolej na Rapid. Liderzy austriackiej ligi mogą być szczęśliwi, że tych bramek nie było więcej, bo okazji nie brakowało, choć Lech nie wyrzekł się błędów i strat. Na szczęście brzemienne w skutki nie były. Zaliczył świetny początek w walce o awans do fazy pucharowej Ligi Konferencji. Prawdopodobnie wystarczy jeszcze wygrać dwa mecze, by grą Kolejorza w Europie można się było cieszyć także wiosną
Pierwszy z błędów Lech popełnił na samym początku. Mogło to inaczej ustawić mecz. Ledwo się zaczął, a naciskany przez rywala Douglas tak nieudolnie podawał do bramkarza, że Rapid strzelił gola. Tym razem los sprzyjał, chorągiewka sędziego poszła w górę, VAR tego nie zakwestionował. Skoro gospodarze zaczęli tak źle, to można było żywić poważne obawy o ciąg dalszy – tym bardziej, że trener znów zaskoczy ustawieniem zostawiając na ławce najlepszego w poprzednim spotkaniu Bengtssona, dając możliwość ogrywania się w tak ważnym spotkaniu Lismanowi. Na jednej stronie boiska grali młodzi zawodnicy, bo bocznym obrońcą był Gurgul. Podobne ustawienie w meczu ligowym z Koroną okazało się błędem. Tym razem wynik trenera obronił.
Szybko okazało się, że Austracy grają dokładnie tak, jak lubi Lech. Nie bronią nisko, zostawiają dużo wolnej przestrzeni, można ją wykorzystywać i stwarzać okazje bramkowe. W 11 minucie niewiele brakowało do objęcia prowadzenia – strzelający głową Ishak przeniósł piłkę nad poprzeczkę. Ale już po dwóch minutach wszystko udało się tak, jak należy. To był gol Luisa Palmy. Podał na prawą stronę do Pereiry, ten dośrodkował. Bramkarz interweniował, ale na miejscu był Honduranin, który mierzonym strzałem ominął go dając Lechowi prowadzenie. To był, jak miało się okazać, jego mecz. Do gola dołożył dwie asysty, wszędzie było go pełno.
W 21 minucie Kocioł, a po chwili i kibice z innych sektorów odwrócili się od boiska robiąc „Poznań”. Nie mogli widzieć, jak Ishak przejmuje piłkę odbitą przez bramkarza po strzale Palmy i podwyższa prowadzenie. Mogło być ono wyższe, bo po jednej z następnych akcji brakarz z trudem obronił strzał Palmy, ale obrońca użył ręki w polu karnym. Z dużym opóźnieniem sędzia obejrzał powtórkę i podyktował rzut karny. Ishak niestety spudłował, wynik się nie zmieniał. Kapitan Kolejorza mógł się natychmiast zrehabilitować uderzając w następnej akcji z pierwszej piłki, trafił jednak tylko w słupek.
W pierwszej połowie Rapid oddał tylko jeden niecelny strzał. Okazał się drużyną dużo gorszą niż o nim się mówiło. Można się był bać tylko tego, że przebudzi się po przerwie, ma bowiem graczy jakościowych w składzie, a do Lecha trudno mieć absolutne zaufanie. Niepokój ten został rozwiany jeszcze w doliczonym czasie do pierwszej połowy, gdy Ismaheel pięknie rozegrał akcję z Palmą, celnie uderzył, a po chwili mógł z radości fikać koziołki. 3:0 to już była pokaźna zaliczka. Po przerwie goście, jak można było się spodziewać, próbowali wrócić do meczu. Lech im sprzyjał, nie wykorzystał ofensywnej gry gości, nie przeprowadzał kontrataków.
Tym razem trener nie zapomniał wystawić klasycznej „szóstki” i bardzo się to opłaciło. Ouma opanował środek boiska, był nie do przejścia, umiejętnie podawał do kolegów po odbieraniu piłki. Wyglądało to tak, jakby Lech grał w liczebnej przewadze. Goście nie potrafili wykorzystać strat Lecha w rozgrywaniu piłki, odtrącali pomocną dłoń. Nawet doświadczony i zwykle pewny w grze Jagiełło co jakiś czas tracił piłkę. Całe szczęście, że idącym odważnie do przodu Austriakom udało się zdobyć tylko jednego gola. Wykorzystali niemrawą interwencję powolnego Gurgula.
Gracze Rapidu poczuli, że nie wszystko stracone. Natarli jeszcze odważniej i raz po raz było groźnie pod bramką Mrozka, który jednak strzałów bronić prawie nie musiał. Odsłonięci jeszcze bardziej goście narażali się na kontry. Tych jednak brakowało z powodu niedokładności w podaniach. W końcu jednak Lismana zastąpił Bengtsson i już po chwili wykończył kontrakt. Nie było już szans, by Austriacy cokolwiek w tym meczu wskórali, mimo iż po nerwowych, nieskoordynowanych interwencjach obrońców Lecha w polu karnym kibicom cierpła skóra. Kolejorz się wybronił, styl rozpaczliwy zdał egzamin, choć „elektryczna’ postawa przy wysokim prowadzeniu zastanawia.
Tego meczu nie można było nie wygrać, wszystkie błędy tym razem pozostały bezkarne, a po ostatnim gwizdku zapanowała zrozumiała radość w drużynie i na widowni. Publiczność skandowała nazwisko najlepszego gracza na boisku – Luisa Palmy, także Leo Bengtssona. Klub musi zbierać pieniądze na wykupienie Palmy z Celticu, a kwota jest niemała.
Mecz prowadził dziwny sędzia z Irlandii. Nie reagował, gdy piłkarze Lecha otrzymywali w starciach ciosy w twarz, puszczał płazem złośliwe zagrania, za to pod koniec meczu nagle zmienił postawę i zaczął bez umiaru szastać żółtymi kartkami, jakby postanowił nadrobić braki z pierwszej połowy.



