Buńczuczne, momentami bezczelne wypowiedzi Papszuna brzmią trochę inaczej, gdy jego Legia poległa na własnym stadionie z mistrzem Polski. Trzeba przyznać, że była groźna, grała intensywnie, ofensywnie, miała przewagę. Została jednak w klasyczny sposób wypunktowana. Mający w nogach ciężki czwartkowy mecz Lech wykazywał mniej energii, dawał się zamykać w obronie, ale miał piłkarską jakość pozwalającą rozłożyć gospodarzy na łopatki błyskawicznie wyprowadzonymi atakami. To było wyrachowanie godne mistrza, no i wreszcie miał ratującego go z opresji bramkarza.
Z opóźnieniem zaczął się mecz z powodu zadymienia stadionu, ale Lech przystąpił do gry jeszcze później. Przez pierwsze minuty statystował na boisku, nie wykazywał żadnej aktywności, piłkę posiadała Legia prowadząca ataki, na szczęście nieskuteczne mimo niepewnej postawy graczy z Poznania, mających problemy z przerywaniem akcji i wyprowadzaniem piłki. Dopiero po ośmiu minutach Lech znalazł się z piłką na połowie rywala, ale tylko po to, by kontuzji mięśniowej doznał Ishak. Kapitan Kolejorza zszedł z boiska trzymając się za mięsień dwugłowy, idąc w ślady kolegów cierpiących dokładnie na to samo.
Na boisko wszedł w jego miejsce Agnero, co nie było wzmocnieniem drużyny. Nic ciekawego nie pokazał, zmarnował wiele akcji, potykał się o swoje nogi, ale zrobił coś, co dało po przerwie impuls do zwycięstwa. Jeszcze nie on był bohaterem pierwszej super okazji bramkowej. Tuż przed polem karnym przedzierający się na pozycję sam na sam Bengtsson został sfaulowany przez Wszołka. Piłkarze Lecha domagali się czerwonej kartki dla niego, Szymon Marciniak był łaskawy dla Legii i pokazał tylko żółtą uznając, że Szwed nie miał „czystej” pozycji. Był jeszcze rzut wolny. Bentsson uderzył bardzo dobrze, trafił jednak tylko w słupek.
Potem nastąpił okres jeszcze większej przewagi Legii. Lech miał potworne kłopoty w defensywie, szczególnie duże problemy sprawiały mu rzuty rożne, po których gubił się. Grał znacznie gorzej niż w poprzednich meczach. Nie miał wiele do powiedzenia, gospodarze na wiele mu nie pozwalali, nie udawała się gra od tyłu, zastępowały je długie podania, równie niecelne, jak bezmyślne wybicia Lisa. To nie był Lech naszych marzeń. Pierwsza połowa – do zapomnienia.
Trener Lecha musiał w przerwie poprosić swych piłkarzy, by wreszcie przystąpili do meczu, bo po zmianie stron było ich jakby więcej na boisku. Częściej pokazywali się kolegom, szybciej biegali. Przyniosło to dobry skutek, mecz stał się bardziej wyrównany. Jak się okazało, nie trzeba mieć wysokiego posiadania piłki, czasami wystarczy szybkość i piłkarska jakość Na własnej połowie Walemark przejął piłkę, przebiegł kilkadziesiąt metrów tym razem środkiem boiska, zostawiając za sobą bezradnych przeciwników, znalazł na lewej stronie Bengtssona, ten zaś dostrzegł przed bramką samotnie stojącego Agnero i podał mu tak precyzyjnie, że Iworyjczykowi wystarczyło dostawić nogę. Wyglądało na to, że wszedł na boisko tylko dla tej jednej akcji. W kluczowym momencie nie zawiódł, był tam, gdzie powinien.
Lech prowadził, ale znalazł się w jeszcze większych opałach niż w pierwszej połowie, Legia bowiem mocno natarła, zepchnęła go do defensywy, trafiła po rzucie rożnym w słupek. Potrafiła jednak zawsze wrócić pod własną bramkę, więc fazy przejściowe nie mogły być bronią Kolejorza. Na ostatnie pół godziny trener wprowadził zmiany, wpuszczając na boisko Palmę, Jagiełłę, Hakansa. Nie pomogło to utrzymywać się przy piłce, bo Legia wciąż miała przewagę i w końcu to wykorzystała w charakterystyczny dla siebie sposób – po dalekim wrzucie piłki z autu. Powstało duże zamieszanie w polu karnym, obrońcy Lecha nie dali rady.
Legia poszła za ciosem, zamknęła Lecha jeszcze bardziej i miała wiele okazji bramkowych. Goście jakoś się wybronili, w czym duża zasługa Lisa. Wreszcie był niekwestionowaną wartością swej drużyny. Gości długo nie było go stać na próby ofensywne. Bronili się tylko rozpaczliwie, wybijali piłkę i bardzo źle to wróżyło – aż w kilka sekund nastąpiło coś, co zaszokowało kipiący emocjami, rozradowany stadion. Lewą stroną boiska przedarł się Gurgul, popędził skrzydłem, piłka trafiła do Hakansa, który dokładnie obsłużył Palmę, a ten z bliska zrobił to, co powinien, przełamując długą strzelecką niemoc..
Działo się to kilka minut przed końcem, więc wystarczyło już tylko przetrwać rozpaczliwe ataki Legii. Jeszcze w ostatnich sekundach Lis fantastycznie obronił groźny strzał Szymańskiego i ostatni gwizdek oznaczał ogromną radość w obozie Kolejorza i smutek na stadionie. Piłkarze Lecha podbiegli pod pusty sektor gości i tam się cieszyli. Kibice Kolejorza nie mogli wejść na stadion.



