Różnica między ekipą z najlepszej ligi świata i z naszej tzw. ekstraklasy była uderzająca, mimo iż Mistrz Polski i aktualny wicelider tabeli zmierzył się z najsłabszym zespołem Premier League. Każdy zawodnik Sunderlandu byłby gwiazdą na polskich boiskach. To zespół słabszy niż Bayer Leverkusen, bo niemieckiej ekipie udało się połączyć indywidualną jakość z niesamowitą organizacją gry, która u ostatniego rywala Lecha, na jego szczęście, szwankowała i właśnie to powodowało chaos na boisku, który mógł doprowadzić do sensacji.
Na jakość zawodników angielskiej ekipy patrzyło się z przyjemnością. Ich siła, szybkość, technika użytkowa pozwoliły wygrać ogromną większość pojedynków. Tylko Rodriguez potrafi podobnie obchodzić się z piłką, ale i on bywał bezradny wobec intensywności przeciwników. Druga linia Sunderlandu to jakość połączona z mocą. Lechowi coś wychodziło tylko wtedy, gdy udało się wykonać celne prostopadłe podanie albo bokiem boiska przedrzeć się na drugą połowę. Wszystkie inne próby kończyły się stratami, których było bez liku, a podania Lisa doprowadzały obserwatorów do rozpaczy, bo zawsze, dosłownie: zawsze kierowane były do rywali. I za chwilę bramkarz Lecha znów miał piłkę we własnym polu karnym. Ten upór w czynieniu zła aż porażał.
Bramkarz Lecha miał jednak niezwykłe szczęście, bo przeciwnicy notorycznie pudłowali, strzelali wprost w niego. Brak najważniejszych napastników był widoczny, trener musiał wydobyć z głębokich rezerw Ukraińca Tutierowa, który zresztą zdobył jedynego gola dla gości, gdy Lis i Gurgul zaczęli mecz kompromitująco. Polska liga jest słaba, takie błędy nie zawsze bywają wykorzystywane, ale ściągnięci z niższej ligi napastnicy Legii, niedzielnego przeciwnika Lecha, nie są dużo gorsi od młodego Ukraińca. Kolejorz nie może dawać im prezentów. Trudno ocenić, czy właśnie defensywa, czy może jednak środek pola to aktualnie najsłabsza formacja mistrza Polski.
Na początku sezonu zżymaliśmy się na zachowania Skrzypczaka. Ostatnio zawodnik ten nie popełnia błędów (oby nie zapeszyć!) i to on, pod nieobecność Mońki, jest liderem defensywy, ale trudno, by było inaczej, gdy ma obok siebie Yegbe. Piłkarz z Ghany to wielkie rozczarowanie. Jego transfer zapowiadał się zupełnie inaczej. Rzadko się zdarza, by poznańska publiczność wygwizdywała swoich piłkarzy, ale tego zawodnika w czwartek to spotkało. Z podobną dezaprobatą spotykały się niemądre wybicia piłki przez Lisa. Defensywa miała być jakościowa, szczelna, a jest osłabiona i dziurawa. W rezerwie pozostaje tylko junior Janyszka, który klasowym graczem – oby! – dopiero się stanie. Mońka raczej nieprędko się wyleczy. Douglas podąża tropem swego rodaka Dagarstala, być może wróci do ojczyzny ze zrujnowanym w Poznaniu zdrowiem. Coś złego dzieje się w Lechu. Wciąż nie znamy przyczyny masowo występujących urazów.
Po kompromitujących porażkach w Lidze Europy Lech miażdżył ligowych rywali, strzelał 4, 5, a nawet 6 goli w meczu. W Warszawie równie łatwo nie pójdzie, nie tylko dlatego, że tym razem uzyskał wartościowy wynik w konfrontacji europejskiej. Kadra meczowa ostatnio nie przedstawia się imponująco, możliwości rotowania wyczerpują się. Prawdopodobnie Lech zagra w zestawieniu bardzo podobnym do czwartkowego. Odpocznie Hakans, który byłby znakomitym skrzydłowym, gdyby jego umiejętności choć trochę nadążały za szybkością. Od początku zagra Bengtsson, „grozi” to także Palmie, który staje się piłkarzem coraz słabszym. Trudno zrozumieć ten regres. Nie wiemy, na ile stać Walemarka. Rozegrał prawie cały mecz, co mu się nie zdarzało. Przypuszczalnie zacznie niedzielne spotkanie na ławce.
Skład obrony jest oczywisty, tu wyboru żadnego nie ma. Nie wiadomo, czy świeżość zachowa Rodriguez, być może od początku pokaże się Jagiełło, a „Murasia” zastąpi Bergren. Pomocnicy Lecha z kretesem przegrali w czwartek rywalizację w środku boiska, ale nie mogło być inaczej i trudno mieć o to pretensje. Nie można jednak nie zauważać, że Kozubalowi coraz trudniej jest się odnaleźć, piłkarz ten popada w przeciętność, w przeciwieństwie do Rodrigueza nie stanowi o sile drużyny.



